Na początek o snach. 

Zacznę od tego, że znów mam sny biegowe, w których ścigam się z czasem. Jedne są pozytywne, a inne negatywne, co  ciekawe po tych ostatnich mniej pozytywnych mam zazwyczaj świetne rezultaty w realu 😉 O snach biegowych mogę powiedzieć tyle, że zaczynam je pamiętać i zwracać na nie uwagę od okresu po wypadku, od moich słynnych trzech snów, którym postanowiłem nadawać realne kształty.  Mało pozytywne  sny biegowe pojawiły się rok temu i nie miałem pojęcia skąd się wzięły,  tak jak nie miałem pojęcia, jaki będą miały  wpływ na moje wyniki w realnych zawodach. Rok temu jechałem na Chyżą Dziesiątkę – wyścig na 10km do Nowego Tomyśla. Informacją o śnie podzieliłem się w aucie z moją drużyną. Jedna z koleżanek powiedziała: „to spokojnie, będzie dobrze!” Jak sny ma się mało pozytywne, to biegi wychodzą super!” Nie wiem, czy miała taką wiedzę faktycznie,  czy mówiła to z  doświadczenia, czy chciała mnie po prostu pocieszyć i podtrzymać na duchu, ale udało się jej 😉 Bieg wyszedł świetnie, bo pobiegłem drugi wynik na 10km w życiu w trudnych warunkach i nawet załapałem się w na podium 🙂

Pobiegłem 02:38 w Maratonie!

W ubiegłym tygodniu miałem sen o maratonie! Uwaga! czas: 2 godziny 38 min (sekund nie pamiętam 😛 ) Bieg był rewelacyjny, łatwy, prosty i przyjemny… jak nie maraton 😉 I ogólnie nie wiedziałem jak to się stało, że tak dobrze pobiegłem 🙂 Start w weekend na 10km w Gostyniu – już w realu! Krótko go streszczę – porażka! Nic nie zagrało i nie ma co się rozpisywać. Nie był to start docelowy i ogólnie wyszedł mocny trening (czas na mecie gorszy od życiówki o ponad minutę ).  Wstałem, otrzepałem szybko kolana po nim i…kolejny sen 🙂 Tym razem dwa dni przed startem, ale już nie było tak optymistycznie. Biegłem, szybko biegłem i to na takim samym dystansie, na jakim miałem się ścigać w realu, czyli 5km. Przed metą jakby ktoś włączył mi zwolnione tempo, przebierałem nogami, które nie chciały popychać mnie do przodu, czułem niemoc i frustrację, a rękoma próbowałem zatrzymywać wyprzedzających mnie rywali. Obudziłem się i byłem początkowo lekko zaniepokojony, ale szybko przypomniałem sobie sen z przed Chyżej i to, że nie miał on odzwierciedlenia w rzeczywistości. Ze spokojną głową pojechałem do Poznania na Ekonomiczną Piątkę.

O moim bieganiu na 5km.

Cel był jeden, urwać ile się da z ostatniej życiówki  (16:30). Założenia na ten rok były takie – 16:15 i czułem, że na tyle mnie stać, bo w końcu drugą piątkę z Maniackiej Dziesiątki pobiegłem już w 16:31! 😉 Jeśli chodzi o dystans 5km, to wyznaczyłem sobie za cel, osiągnięcie czasu zaczynającego się od „15” 🙂 15:55 będzie mnie satysfakcjonowało 😉 W tym roku poprawiłem się o 18 sekund. Zdaję sobie sprawę,  że przesuwanie się dalej nie będzie łatwe, ale po to wyznaczam sobie cel długoterminowy, aby mnie napędzał i motywował.

Jak wyglądała moja progresja jeśli chodzi o rekordy na 5km (tylko trasy z atestem) :

2010 – pierwszy start: 16:54 (Wińsko, Bieg Po Winne Grono) 

2011 – 2012  – wypadek. 

2013  -16:42 (Kleszczewo, Szybka Piątka )

2014 -16:57 (Warszawa, Bieg Konstytucji 3 maja)

2015 – 16:30 (Warszawa, Bieg Konstytucji 3 maja)

2016 – 16:12 (Poznań, Volkswagen Ekonomiczna Piątka) 

O biegu. 

W Poznaniu pogoda była odpowiednia (chłodno i nie padało). Jedynym utrudnieniem wydawał się wiatr, ale to już był czynnik, na który nie miałem wpływu. Skupić się trzeba było, na tym, jak dobrze pobiec i jak wykrzesać z siebie wszystko. Rozgrzewka przebiegła idealnie, czułem się optymalnie. Przebieżki 3 x 150m i byłem na starcie na 4 min przed startem. Czas się przebrać i…i zonk! Nie ma krótkich leginsów w torbie!  Zostały w aucie 400m od startu! Ogólnie jeszcze coś takiego mi się nie zdarzyło, a więc miałem swój pierwszy raz 😉  Nie było już za wiele czasu i tak oto poleciałem w długich leginsach 😛 Całe szczęście, że to było tylko 5km i że pogoda była odpowiednia, bo nie powiem, biegło się nawet komfortowo.  Wystartowałem z drugiej linii, chłopcy pogonili pierwszy kilometr mocno, ale nie dałem się sprowokować. Pierwszy kilometr biegłem równo po 3:09/km (mimo podbiegu na wysokości Malta Ski) i doganiałem już lekko zakwaszonych uciekinierów. Na 2km z  drugiej dziesiątki przesunąłem się na 5 pozycję. Biegł przede mną rosły chłop i miałem nadzieję  „zabrać” się chwilę z nim i skorzystać z tunelu powietrznego,  bo wiało na trasie solidnie. Ten jednak zwalniał i nie było opcji na wspólny bieg. Zostałem sam, bo pierwsza trójka uciekła mocno. Goniłem  więc już tylko czas. Kilometry wypadały następująco: 3:09, 3:13, 3;14, 3:17 (lekkie „odcięcie” 😉 ), 3:09 (finisz). Sen się nie sprawdził – końcówkę miałem dobrą w przyspieszony tempie 🙂

Czas 16:12! Na metę wbiegałem jako 4 zawodni ze stratą 13 sekund do 3 miejsca. Jednak nie to było najważniejsze. Nowa życiówka i plan minimum na ten rok zrealizowany. Poprawa o 18 sekund w stosunku do wyniku z ubiegłego roku. Jest to dla mnie szybkie bieganie, chciałoby się napisać, że to już dla długodystansowca sprint (choć często słyszę, że dla niektórych 10km jest już za szybkie). Mnie to nadal kręci, bo trzeba od siebie wymagać więcej, treningi nie są przyjemne, myśl o interwałach wprawia mnie w lekkie poddenerwowanie, które przekuwam w mobilizację i zaangażowanie do treningu. Wiem, że te szybkie biegi mnie rozwijają i tego podejścia się trzymam.

Na mojej tablicy z celami biegowymi na ten rok 5km w 16:15 zostało już wykreślone. W pierwszej części sezonu jeszcze podejmuję próbę zawalczenia o lepszy wynik na 10km (24.04.2016 Orlen Warsaw Marathon), a  już w najbliższą niedzielę 17.04.2016 pobiegnę w poznańskim półmaratonie, na który zdecydowałem się w ubiegłym tygodniu 😉 Dlaczego? – bo Poznań jest w tym roku dla mnie  szczęśliwy więc spróbuję to wykorzystać i tym razem 😉

Pozdrawiam

MentalRunner Bartek