DSC_1205 (Copy)

Jak wspomniałem w ostatnim wpisie, po zawirowaniach związanych z przeniesieniem do Wrocławia, trafiłem do jednostki w Sulechowie. Taka była moja decyzja, bo miałem wybór – czekać nie wiadomo ile albo brać, co życie podsuwa.Jak to miałem w naturze, kierowałem się moimi aforyzmami. Szukałem w nich wskazówek, podpowiedzi, wyjaśnień. A Wiesz co było najlepsze? – że zawsze znajdywałem to, czego szukałem. Nie zawsze od razu, nie zawsze byłem pewien, ale ufałem, że wybieram dobrą drogę i coś dobrego mnie na niej spotka.

DSC_1238 (Copy)

Początek kwietnia. Pierwsze dni w nowej jednostce.

Standardowo nieco wystraszony, mało mówiłem i nie dałem się poznać od razu i pewnie dlatego wszyscy mnie traktowali jak nowicjusza. Niestety minusy były widoczne od początku.Poziom komunikacji na linii dowódca – podwładny odbiegał od znanych mi norm jakich doświadczałem przez 3 lata w jednej z najlepszych zawodowych jednostek w Polsce. Jednymi słowy, pachniało tam jeszcze starymi czasami służby zasadniczej i komuny. Może dlatego, że armia zawodowa dopiero tam się rozwijała, może teraz jest już lepiej, a może tylko mnie się tak wydawało?! 😉  Były też plusy. Pisząc plus miałem na myśli sport oczywiście. Wuefiści chyba wszędzie są w porządku, bo potrafią zachować dystans, potrafią rozmawiać na innych płaszczyznach i na brak  komunikacji z nimi nigdy nie narzekałem. Chyba dlatego, że nadawaliśmy na podobnych falach.

No  dobra. A gdzie bieganie? Jak forma? 

Mamy rok 2011, początek kwietnia, ale muszę cofnąć się do 1 stycznia, bo właśnie wtedy zachodziły duże zmiany dotyczące mojego biegania. Tą dużą zmianą był trening z książki, którą dostałem na gwiazdkę. Skończyłem z gazetkami, skończyłem z internetem. Przeczytałem książek raz. Później drugi i trzeci. Za każdym razem wyprowadzałem siebie z błędu i uczyłem się czegoś nowego.  Pewnie myślisz co to za książka? – nie ma tajemnicy – autor: Jack Daniels (tak, to na pewno książka, która nie ma nic wspólnego z trunkiem o kolorze bursztynu ;)), a  tytuł to: „Bieganie Metodą Danielsa”. Pierwsze wydanie, a o ile się nie mylę, to na dzień dzisiejszy wyszły 3 aktualizacje. Tyle o książce. Wyznaczyłem cel główny – poprawa wyniku na 10km, a po drodze chciałem dobrze wypaść na Akademickich Mistrzostwach Polski w Biegach Przełajowych, bo w końcu studiowałem wychowanie fizyczne i czułem, że jest szansa na stypendium 😉 Później po pierwszej rozmowie z wuefistami z Sulechowa doszedł kolejny cel – Mistrzostwa Dywizji w Biegach Przełajowych. Mój sprawdzian, od którego wiele zależało. Ale o tym później. Ułożyłem plan, trenowałem regularnie, czułem, że robię dobry trening jakościowo. Dlaczego zmiana treningu? Wcześniejsze treningi i plany nie były złe, bo przecież potrafiłem z nich równie szybko biegać, ale krótko i jakby z przypadku?!- tzn jak wyjdzie to wyjdzie. Brakowało mi wiedzy i świadomości na temat planowania długoterminowego. Nauczyłem się planować szczyt formy, a nie za wszelką cenę utrzymywać ją jak najdłużej myśląc, że tak można albo robić szczyt formy nieskończenie wiele razy w ciągu roku. Teraz odrobiłem lekcje. Czytałem książkę, planowałem, analizowałem, myślałem. Powtarzalny schemat, który realizowałem od początku roku wypełniłem długim wybieganiem, siłą biegową, ćwiczeniami siłowymi,  akcentami w formie treningu tempowego, interwałowego lub biegów  rytmowych. Okres 24 tygodni podzieliłem na 4 fazy według zaleceń z książki. Każda faza różniła się od siebie, ale miały wspólny cel – szczyt formy w maju, gdzie planowałem start na 10km.

AMP Łódź 2011 112

2 kwietnia 2011, Łódź.  Akademickie Mistrzostwa Polski w Biegach Przełajowych.

Miałem opcję startować na 4,5km lub 9km. Wybrałem ten dłuższy. Nie czułem jeszcze mocy, a nawet z moich zapisek w dzienniku wynika, że byłem nieco zmęczony bo byłem w trakcie najtrudniejszej fazy mojego planu, w której dominowały interwały. Ten start nie był docelowy, więc nie robiłem przed nim żadnego luzowania, tylko pobiegłem go zamiast jednego treningu. Trasa trawiasta, z jednym podbiegiem, który pokonywaliśmy chyba 3 – 4 razy. Biegłem w kolcach, które sprawiłem sobie specjalnie pod biegi przełajowe w 2011. Pamiętam, że bieg był bardzo mocny. Pobiegłem nico zachowawczo, bo po raz pierwszy biegłem na tak długim dystansie przełajowym. 132 uczestników, przybiegłem na metę 31.

Lekko zdziwiony, bo myślałem, że stać mnie na lepszy wynik. Jednak kiedy sprawdziłem listę i pierwszą 20stkę…zdziwienie minęło, bo były tam same znane mi nazwiska czołowych biegaczy z polski. Musieli studiować akurat wtedy 😉 Zegarek też mnie uspokoił, bo wyszło znacznie więcej dystansu (+500m ) pobiegłem 32:39, średnia wychodziła 3:29/km. Jak na bieg w przełaju, to było dla mnie dobrym prognostykiem na przyszłe starty. Na osłodę okazało się, że zająłem 3 miejsce w klasyfikacji uczelnianej i drużynowo wywalczyliśmy 2 miejsce. Wróciłem z tym, co chciałem. Dwa medale i opcja na stypendium.

SONY DSC

6 kwietnia. Rozpoczęcie pracy w jednostce w Sulechowie.

Tydzień później dołączyłem do reprezentacji pułku i przygotowywałem się do wcześniej wspomnianych mistrzostw w przełajach. Pamiętam swoją ekscytację, podniecenie, uczucie zawalczenia o wszystko, zrobienia czegoś, co zdziwi i zaskoczy moich kolegów z innych jednostek. Wiele osób nie wiedziało, że znów pracuję, że nadal trenuję i będę reprezentował nową jednostkę. Dodatkowo byłem cholernie zmotywowany z racji chęci wykazania się w nowym miejscu pracy, przed przełożonymi,  jak i wuefistami.

Od poniedziałku do piątku biegałem 2 razy dziennie. Rano  7:00- 7:30 obowiązkowa zaprawa, gdzie przebiegałem 5 – 6 km. Godzina 13:00 -14:00 trening główny z planu, w ramach przygotowania do mistrzostw. Choć szczyt formy zaplanowałem na koniec maja, to i tak czułem się już mocny. Dbałem o każdy szczegół treningu, regenerację, dążyłem do perfekcji w tym, co robiłem, bo wierzyłem, że wynik końcowy od tego będzie zależał.

20110427_1253296397_1_11

27 kwietnia, Leszno. Mistrzostwa Dywizji w Biegach Przełajowych. 

Nastawiałem się na wielkie ściganie i walkę o pierwszą piątkę, bo wstępna kalkulacja plasowała mnie w najlepszej sytuacji na miejsca 4-5. Forma kolegów była wysoka tego roku i poziom z zeszłego roku, gdzie bez większego trudu zająłem 4 miejsce, prawie niczym nie przypominał aktualnego. W dodatku trasa była krótka, mówiono o długości 4km, a było jeszcze mniej. Liczyłem na dłuższy dystans, bo wtedy moje przygotowania pod 10km mogłyby się na coś przydać.

 Od rana niezły stres. Dobrze, że przez ostatnie dni przed startem, poświęcałem kilka minut na swoją głowę. Mimo dużej motywacji i presji otoczenia,  tradycyjnie wziąłem zestaw aforyzmów do ręki, gadałem do siebie, wizualizowałem w głowie nawet sam bieg i wszystkie możliwe scenariusze. Opłacało się. Na rozgrzewce przypominałem sobie o wszystkim i łapałem spokój.  Strach tracił na wartości, a pewność siebie rosła. Przed startem spotkałem zdziwionego wuefistę z byłej jednostki, który nie wiedział, że pracuję w Sulechowie i nazwał mnie niby w żartach, przy okazji,  zdrajcą, ale i tak go lubię. Nie miałem czasu się denerwować  bo za chwilę start.

Ustawiłem się w drugiej linii, nieźle się wszyscy przepychali, deptali kolcami i to niby nie specjalnie. Start. Od początku postanowiłem nie kotłować się grupie, bo było niebezpiecznie ciasno. Pierwszy kilometr mocny 3:06-3:10/km i byłem już czwarty, ale biegłem sam. Czołówka kilka metrów z przodu, pościg kilka merów z tyłu. Dogoniłem trzeciego i wybił drugi kilometr 3:06. Biegłem na takim haju i z taką mocą, że nawet nie miałem czasu na szokowanie się takim tempem. Nie oglądałem się za siebie, bo czułem, że już nikt mi nie zagraża. Przede mną dwóch zawodników. Pierwszy poza zasięgiem, ledwo widoczny, ale drugi wydał się osiągalny. Nigdy z nim nie wygrałem, a nawet nie nawiązałem bliższej rywalizacji, oprócz jednego miejsca – mojej głowy. To w niej wizualizowałem myśli i scenariusze jak z nim wygrywam. Czułem, że to jest ten dzień i ta chwila. Trzeci kilometr i znów 3:06/km. Zaatakowałem.

20110427_1774383337_1_31

Około 500m do mety, dogoniłem go i byłem pewien, że ostatnie metry należą dla mnie. Nie wiem skąd, ale byłem pewien. Ostatnie 300m to był mój finisz z samy sobą. Wicemistrzostwo było moje. Ostatnie 600m biegłem z prędkością 2:58/km. Skąd ta moc? – z treningu?  z głowy? Chyba z połączenia tych dwóch czynników. To był dzień, który mnie uświadomił, jak wielką moc może generować człowiek za pomocą własnych myśli. Doświadczyłeś kiedyś czegoś podobnego? Jeśli nie, to znaczy, że  być może nie odkryłeś, jak potężna siła drzemie w Tobie. Ja w to wierzę, że każdy ma głębokie rezerwy i pokłady sił, które czekają na odkrycie.  Wszyscy byli w szoku. Nikt nie dawał mi szans na drugie miejsce. Tymczasem ja byłem dziwnie spokojny, może przez to, że ten bieg wygrałem przed jego oficjalnym startem. Cieszyłem się, bo po tym jednym starcie dowiedziałem się więcej o sobie, no i zakwalifikowałem się na Mistrzostwa Wojska Polskiego w Biegach Przełajowych. Chcąc nie chcąc, utarłem nosa niedowiarkom, którzy nie widzieli we mnie zagrożenia przez ostnie 3 lata i teraz musieli zacząć się ze mną liczyć.

20110427_1565639591_1_44

W pułku też zrobiło się głośno. Nawet „komunistyczni” przełożeni gratulowali. Start docelowy był dopiero przede mną,  a ja trenowałem dalej, ale już z inną świadomością swoich możliwości.

Na nowe wyzwania nie musiałem czekać długo, bo wuefiści zaproponowali mi kolejny udział w mistrzostwach, coś czego się  obawiałem i za czym nie przepadałem i to zaledwie kilka dni po przełajach.  Jak myślisz, co to było? – Ok, Ty spróbuj się domyślić, a ja zdradzę to już w kolejnym wpisie 😉


Jeśli podobał Ci się ten tekst…

⇓Podziel się z innymi i udostępnij dalej. Dziękuję 🙂 ⇓