Długo na to czekałem. Pamiętam jak dziś dzień, w którym nad głową po raz pierwszy przeleciała mi paralotnia. Wracałem z moim dziadkiem z wycieczki rowerowej, wyjeżdżaliśmy z lasu, kiedy nisko nad nami paralotniarz schodził do lądowania. Oczywiście mój dziadek nie byłby sobą, gdyby nie zabrał mnie w miejsce lądowania, abym zobaczył sprzęt z bliska. Lotnik był sam, a miejsca miał dwa… „zabierze pan mojego wnuka, chociaż kawałek, kilka minut? Jest u mnie na wakacjach i marzy mu się taki lot!” – cały dziadek 😉 Ale niestety, nic nie wskórał. Paralotniarz był nieugięty i nawet za pieniądze nie chciał nikogo zabrać. Pewnie byłem za młody jeszcze, ale jak pamiętam nie rozpłakałem się z tego powodu. Za to w głowie zostało na lata. Po powrocie z wakacji zaczynałem pierwsze podejścia do konstruowania swojej paralotni. Szkielet skrzydeł z drewna pokryłem folią. Jak skończyłem, wniosłem mój wehikuł na dach budynku gospodarczego i…i zwątpiłem. Może i nawet dobrze wyszło. Nie skoczyłem, bo nisko się wydawało. Na próbę zrobiłem prowizoryczny spadochron z worków i oddałem próbny skok z niecałych 3 metrów na kupę żwiru. Tak, taki kaskader był ze mnie i jak widać spełnianie marzeń może być trochę niebezpieczne 😉 Rodzicom się to nie podobało i dziś z perspektywy czasu zaczynam rozumieć to.

Jednak dzisiaj, kiedy wyciągam wnioski z mojego działania, szukając głębszego sensu, to przypomina mi się cytat z książki Jacka Walkiwicza, który pisze o tym, jak to jest z ludźmi, którzy marzą, chcą latać.

…jedni budowali paralotnie, samoloty i latali, bo chcieli latać. Bo marzyli o tym od zawsze. A inni są z takiej kategorii, że myślą, że im wyrosną skrzydła, i po prostu nie latają. Jedni to marzyciele – wizjonerzy, a inni to właśnie łapacze iluzji.”

Cieszę się, że robiłem to, co robiłem jako 10-12 letnie dziecko, że nauczyłem się marzyć i dążyć do ich realizacji. Byłem, jestem i będę marzycielem. Bo na 100% umrę, więc i na 100% chcę żyć. Bo żyję, bo wykorzystuję drugą szansę i nie chcę, aby moja córka za kilka lat znalazła moją listę marzeń i zapytała mnie: „tato, dlaczego nie latałeś?”

Pobudka o 4:00 i w drogę. Niecałe 70km podróży i znalazłem się na łąkach kilka kilometrów za Śremem. W pobliżu piękne rozlewiska rzeki Warty. Wschód słońca – czułem, że widoki będą nieziemskie. Start miałem o 5:40. Lot trwał 15minut! 15 lat na to czekałem! 😉 Było warto! Bo spełnione marzenia nie mają ceny!

Miej odwagę mieć marzenia. Miej odwagę je spełniać.

MentalRunner Bartek.