MentalRunner

#FeiferTrenuje

Część 8. O tym jak zostałem prawdziwym mężczyzną i podejmowałem ważne decyzje.

lubliniec_komandos_42

Zagadkowym biegiem okazał się Maraton Komandosa w Lublińcu. Już po nazwie można się domyślać, że to nie jest zwykły maraton, że może być hardcorowo. I tak też było.

Wspomniałem w ostatnim wpisie o tym, że dostałem telefon z propozycją startu, ale nie napisałem od kogo! – to był Krzysiek Tumko, a teraz zdradzę Ci jeszcze jedno! – w ostatnim wpisie wspominałem o tajemniczym „trenerze”… Tak tym trenerem był Krzysiek Tumko 🙂

Krzysiek wszedł mi na ambicję. Wystarczyło żeby powiedział coś w stylu: „jak nie pobiegniesz z nami Maratonu Komandosa, to nie możesz nazywać się mężczyzną. Ja zrobię z Ciebie prawdziwego mężczyznę”. Pojechaliśmy na dwa tygodnie zgrupowania. Trenowaliśmy w górach w Zieleńcu. I pamiętam, że tylu kilometrów nie biegałem chyba nigdy. Tam też doszło do mojego przełamania i pokochania biegania w górach, a szczególnie pod górę. Wcześniej nienawidziłem bieganie w górach i totalnie sobie nie radziłem. Góry nauczyły mnie pokory, dojrzałem i słabość przerodziła się w siłę.

Clipboard01

Na trasie maratonu. 

Jak się pewnie domyślasz, ten maraton biega się w innym stroju. Mundur i buty wojskowe + plecak z obciążeniem 10kg. Dystans normalny 42,195 km, ale nie ulicą tylko w przełaju. To była końcówka listopada, temperatura lekko na minusie. Krzysiek miał walczyć o wygraną, a my tzn. reszta drużyny mieliśmy biec na jak najlepsze miejsca, tak aby walczyć o drużynowe zwycięstwo. Pierwszy raz byłem tak obładowany sprzętem, napojami i żelami. W plecaku oprócz blach o wadze 10kg, miałem camelback’a z wodą 1,5 litra, w kieszeniach 3 żele + baton i pół czekolady, w dwóch kieszeniach izotoniki po 300ml.

0165

21 km. Półmetek. 

Start. Do 21 kilometra, czyli połowy, biegło się naprawdę dobrze, aż dziwnie, bo nawet tego ciężaru nie odczuwałem tak mocno. Wspólnie całą drużyną pokonaliśmy półmetek w nieco ponad 1h 51min. Byłem pewien, że z takim zapasem sił spokojnie poniżej 4h pobiegnę ten maraton. Jednak to był zbyt piękny scenariusz. Dramat miał się rozpocząć zaledwie kilometr później. 22km i dziwne uczucie w jednym bucie – „coś się rozlało, stopa mi w czymś pływa…krew?” Zwalniam i odpuszczam, każę ekipie biec swoje. Truchtam, ale to samo uczucie zaczynam odczuwać w drugiej stopie. Pojawia się ból. Ból jakiego chyba wcześniej nie znałem. Zaciskałem zęby, biegłem przez jeszcze 3km, ale musiałem przejść do marszu. Chwilowa ulga i mimo stawania inaczej kroków (palce – pięty, zewnętrzną – wewnętrzną stroną stopy), dyskomfort wracał. Chciałem zejść z trasy. To miał być mój pierwszy raz. Miałem wrażenie, że stopy topią mi się we krwi i uważałem, że jest to powód. Jednak nie mogłem sobie tego wyobrazić, że co niby powiem później? Że żołnierz zabrał za małe buty? Złe skarpety? Nie, nie będę się tłumaczył. Biegnę dalej. Padał przelotny śnieg z deszczem, który co jakiś czas odwracał moją uwagę od bólu, który robił się coraz bardziej nieznośny, bo zaczynałem obcierać pięty. Od 30km krzyczałem. Przebiegałem przez miejsca, gdzie stali kibice i mnie dopingowali, żebym wytrwał, ja w ramach uznania, mimo grymasu, wymuszałem uśmiech i podnosiłem kciuk w górę, a jak tylko ich mijałem i znikałem za zakrętem puszczałem i uwalniałem emocje wykrzykując na głos wszystkie przekleństwa. Rywale wyprzedzali mnie jeden po drugim. Przesuwałem się marszobiegiem i na 35km kolejny kryzys – ból mówi zejdź, a byłem już za daleko od startu i zbyt blisko mety, żeby się teraz poddać. Lecę dalej, od 37 -40 ryczałem i nadal krzyczałem, później wiedziałem, że finisz jest blisko i nic już chyba nie mogło mnie powstrzymać. Dobiegłem. Ból skoncentrowany na stopach całkowicie pochłonął moją uwagę i dopiero kiedy obsługa ściągała mi plecak, poczułem, jaką ulgą jest nie dźwigać dodatkowych 11kg (bo tyle pokazało kontrolne ważenie).

 1011027_2401_00844  1011027_2401_00845

Meta. Dobrze, że pomagali ściągać te plecaki. 

Położyłem się, bo o dalszym chodzeniu nie było mowy. Podbiegli koledzy z drużyny i prosiłem ich, aby powoli ściągali buty, bo tam jest mnóstwo krwi, bo noga mi pływała itp. Wystraszeni podjęli działania, a tam…sucho. Sucho? Przecież czułem cały czas coś innego! Ściągając skarpety wszystko się wyjaśniło, oprócz poobcieranych pięt, miałem pod stopami pęcherze z krwią i wodą, ale wielkości dłoni! Nieco się przerazili, ja z resztą też. Pomogli mi wstać i zaprowadzili mnie do pokoju. Nie ruszałem się za wiele, bo wieczorem musiałem jakoś dojść na dekorację. No właśnie – zapomniałem napisać – wygraliśmy drużynowo ten maraton 🙂 Ja bieg skończyłem w 4 godziny i 9 minut. Miejsce 24 na ponad 300 startujących. Tak zostałem  prawdziwym mężczyzną 🙂

DSC00152   DSC00157

Ten pocisk, to nasze drużynowe trofeum, a obok moje indywidualne. 

Wróciłem do domu. O pójściu do pracy nie było mowy. Następnego dnia wylądowałem w poradni chirurgicznej z moimi stopami. Ominę drastyczne sceny zabiegu, ale zacytuję lekarza: „to powiadasz chłopcze, że sport to zdrowie tak!?” 🙂 I to by było tyle w tym temacie. Dostałem 2 tygodnie zwolnienia lekarskiego. Z samochodu i do samochodu prowadził mnie tata, a o jeździe nie było mowy. Jednymi słowa zaznałem krótkiego kalectwa.  Ale nie to było najgorsze, najgorsze było to, że od dłuższego czasu nie chodziłem do pracy. Mimo, że zgrupowania i zawody w jakich brałem udział były wykonywane jako rozkazy na piśmie podpisywane przez generała i obecność w pracy miałem, tylko byłem jakby w delegacji, a moja drużyna i pododdział szkoliły się na poligonach do wiosennego wyjazdu na misję. Wiosna był blisko, bo mieliśmy już początek grudnia.

Trudno jest  iść dwoma drogami jednocześnie.

15225462235_95b7b3a73f_z

Trudniej tym bardzie, jeśli chce się iść na 100%. Ja właśnie tak chciałem. Chciałem być dobrym żołnierzem i i dobrym sportowcem. Kłopoty murowane.  Presja dowódców ze względu na braki w szkoleniu, a z drugiej strony presja sekcji WF. Nie chciałem niczego odpuszczać i nawet mi się to przez 3 lata udawało. Jednak nadszedł czas krytyczny – wyjazd na misję, który zbiegł się z moją coraz lepszą formą biegową.

Nogi wyleczyłem i wróciłem do pracy. Nie było łatwo, bo kilka poważnych rozmów z przełożonymi dały do myślenia, a szczególnie pytanie,  które padało po raz pierwszy: „sport, czy służba i szkolenie się?”. Do końca roku musiałem zadecydować, będąc rozdzierany pomiędzy sekcją sport, która chciała, abym reprezentował jednostkę na zawodach i przełożonymi z pododdziału, którzy chcieli, abym szkolił się z resztą drużyny. Pod koniec grudnia zadzwonił telefon, który przechylił szale na jedną stronę i to dosyć pewnie. Kapitan z jednostki we Wrocławiu – wuefista:  ” Cześć Bartek, montujemy silną ekipę biegaczy w naszej jednostce i chcielibyśmy, abyś do nas dołączył. Będziesz zajmował się sportem.” Przez chwilę się wahałem, ale uznałem, że to znak, w którą stronę powinienem pójść. O przeniesieniu z aktualnej jednostki nie było mowy. Wniosek odrzucony. Jedyna opcja – bardzo ryzykowna – to zwolnić się i zatrudnić we Wrocławiu, gdzie czekał na mnie etat.

 Twój los kształtuje się w momentach
podejmowania decyzji.

Tony Robbins

Jak to mówią: „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”? – zaryzykowałem złożyłem dokumenty o zwolnienie mnie. Dla wielu szok, a dla części słuszna decyzja. Znowu czułem, że robię coś szalonego, ale chyba słusznego. Z końcem stycznia 2011 zostałem zwolniony do cywila.

Formalności załatwione. Do zmiany miało dojść w lutym 2011. Z początkiem lutego dostaję informację, że wstrzymano moje przyjęcie, bo we Wrocławiu zamykają szkołę podoficerską i wszystkich kierują do jednostki, w której miałem pracować. Nie ukrywam, byłem w szoku, bo zostałem na lodzie. Już nawet za mieszkaniem we Wrocławiu się rozglądałem. Jednak nowa opcja pojawiła się szybko. Opcja, o którą sam się kiedyś starałem. Zadzwonił do mnie kolega z jednostki w Sulechowie. Zaproponował pracę u nich, a dodatkowo miałbym być wzmocnieniem sportowym w ich szeregach. Miałem czekać na Wrocław, bo w każdej chwili mógł się odblokować etat, ale znów uznałem, że nic się nie dzieje przez przypadek. Wybrałem Sulechów.

To był nowy rozdział w moim biegowym życiu, doszło do wielu niezapomnianych chwili, o których opowiem już w części nr 9, na którą zapraszam Cię już dziś. Przy okazji chciałbym też Ci podziękować za zainteresowanie moją historią i gratuluję wytrwałości dotrwania do kolejnej części.

Pozdrawiam

MentalRunner Bartek


Podziel się

 

2 Comments

  1. Te gratulacje na końcu są nie na miejscu, bo Twoje posty mega wciągają !! 😛

  2. Czy dla czlowieka wierzacego stanowi to jakis problem? Prawdopodobnie kazdy muzulmanin powie, ze nie widzi w tym problemu. Jesli zostalem stworzony przez Boga i dzieki niemu moge zyc, to jesli uslyszy sluchaj musisz podporzadkowac sie bogu – to powie tak.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 MentalRunner

Theme by Anders NorenUp ↑