Nim przejdę do kontynuowania mojej opowieści….

Kiedyś byłem jak Forrest Gump.

forrest-gump-movie-clip-screenshot-run-forrest-run_large (1)

Zapomniałem wspomnieć o jednym fakcie – chyba przez chwilę byłem jak Forrest Gump 🙂 Jak wspominałem we wcześniejszych częściach – grałem w tenisa stołowego, ale wybrałem bieganie i na tym chciałem się skupić. Jednak tenis tzw. „ping pong” szedł za mną dalej i w trakcie odbywania służby zasadniczej (tej obowiązkowej) miałem okazję sobie pograć, a nawet być sparing partnerem kolegi, który kilka miesięcy później został Mistrzem Wojska Polskiego. Najpierw turniej wewnątrz jednostki, a później dzięki zajęciu wysokiego miejsca mistrzostwa dywizji miałem możliwość jechać na mistrzostwa Wojska Polskiego, ale niestety byłem starszy poborem tzn. wcielono mnie do armii w okresie letnim, a na mistrzostwa mogli jechać żołnierze z poboru jesiennego. Już wtedy kilku kolegów mówiło do mnie „Forrest”, bo jeśli ktoś oglądał ten świetny film, nagrodzony wieloma Oscarami, to wie, że jego główny bohater był też przez pewien czas w armii, grał w „ping ponga” i biegał 🙂 Jeśli jeszcze go nie wiedziałeś/aś, to polecam. Ja oglądałem go kilkukrotnie i przyznam się, że łezka w oku kręci się zawsze.

Tenis stołowy był ze mną jeszcze w służbie zawodowej, ale tam poziom był tak wysoki, że nie przechodziłem przez eliminacje w jednostce. Nie dziwiło mnie to, bo w końcu byłem w województwie Lubuskim, a tam tenis stołowy jest dyscypliną uprawianą na wysokim poziomie. Nie łamałem się, bo dla mnie już wtedy priorytetem było bieganie.

Wracamy do historii.

Przypomnijmy, że jest końcówka roku 2008, a ja rozpoczynam pracę w wojsku. Po spotkaniu się z wuefistą wojskowym miałem mętlik w głowie. Z jednej strony przeczuwałem, że może to być okazja do rozwoju mojej biegowej pasji, że mogę dostać szansę na sportową przygodę w wojsku – mojej pracy. Ale z tyłu głowy ostrzeżenia kolegów, że jestem w wojsku i muszę się szkolić, bo będzie wyjazd na misje, bo muszę się uczyć taktyki, strzelania i współpracy w drużynie, plutonie itd. Wiedziałem, że będę miał swoje obowiązki, ale zaryzykowałem. Następnego dnia zameldowałem dowódcy, że mam zgłosić się w kancelarii wuefistów a ten, jakby podejrzewał o co chodzi – niechętnie, ale pozwolił mi na pójście.

marat%20(7)

Z „wuefistą Jackiem”. podczas Maratonu Sztafet nad jeziorem Głęboki k. Międzyrzecza. 2009 rok. 

Spotkanie i atmosfera jak nie w wojsku.  Propozycja czy się czegoś napiję,  miłe gesty itp. Od słowa do słowa – oczywiście o bieganiu, nagle dowiaduję się, że chorąży chce tworzyć grupę biegową – treningową, która będzie trenować w godzinach pracy do Mistrzostw Dywizji w Biegach Przełajowych. Widziano też tam mnie, ale pod warunkiem, że dobrze wypadnę w Mistrzostwach Brygady w Biegach Ulicznych, których termin był wyznaczony na marzec 2009. Czułem się mega podniecony, a kiedy dopowiedziano, że są też zgrupowania – obozy biegowe w górach i innych jednostkach, to już wiedziałem, że nie będę w stanie sobie odmówić tej szansy. Miałem sporo czasu, aby się przygotować do tych mistrzostw, nadal biegałem po pracy i moje wydłużanie zmierzało w dobrym kierunku. Dystanse 45-60km tygodniowo biegałem już regularnie bez większych problemów.

Marzec 2009. Mistrzostwa Brygady. Sprawdzian.

dyplom6

Tak, wygrałem 🙂 Było kilku rywali, z którymi musiałem się ścierać do końca, jednak ostatnie 200m było moje. Sprinterskie czasy wciąż przydatne 😉 Wiele się zmieniło od tych mistrzostw. Znalazłem się w grupie trenującej w czasie pracy, wyjechałem na pierwsze zgrupowane biegowe, które prawie niczym nie przypominało obozów treningowych w liceum, ale byłem bardzo szczęśliwy z tych udogodnień. Moja forma biegowa była mimo wszystko niestabilna, bo jednak mimo, że na trening wychodziłem o  godzinie 14:00 (1,5h przed końcem pracy), to swoje obowiązki służbowe wykonywałem przed treningiem, co sprawiało, że na trening chodziłem po kilku kilometrowych marszach taktycznych z ekwipunkiem – w końcu byłem w piechocie. Chciałem wszystko pogodzić, ale to nie było takie proste.

DSCF2097

DSC00054

Byłem też żołnierzem. Jeden z poligonów w 2009 roku. 

Rok 2010. Pokaz siły ognia.

Po przetrenowaniu, które zafundował mi jeden z trenerów podczas letniego zgrupowania w 2009, postanowiłem wziąć się za siebie na poważnie. Zrezygnowałem z tego zgrupowania w połowie, albo nawet zostałem wyrzucony z niego, bo nie wykonywałem zadań treningowych, które „trener” zlecał, a nie wykonywałem, bo nie byłem w stanie już biegać. Nikomu nie życzę tego uczucia, kiedy jeden kilometr smakuje jak 30km, nogi są jak z ołowiu, apatia, bezsenność, spadek motywacji do poziomu – 10. A „trener” twierdził, że jestem słaby psychicznie i boję się ciężkich treningów! – ale byłem wściekły na niego, bo nie wierzył mi. Rozstaliśmy się w niezbyt dobrych okolicznościach i nastrojach. Dochodziłem do siebie dwa miesiące, ale układałem już plan działania na przyszły rok  i obiecałem sobie, że udowodnię temu trenerowi i innym, że nie boję się treningów, a już na pewno to, że nie jestem słaby psychicznie!

Wytrwałość zaczyna procentować. 

Przełaje. Wojskowe biegi przełajowe były wtedy dla mnie priorytetem. W 2009 ledwo załapałem się do pierwszej dziesiątki – byłem 9 na Mistrzostwach Dywizji i nie łapałem się na Mistrzostwa Wojska Polskiego. Dla wielu byłem wtedy przeciętniakiem. Wiosną 2010 roku, kolejne Mistrzostwa – przybiegłem jako 4 przegrywając kilka sekund 3 miejsce. Pojechałem na Mistrzostwa Wojska Polskiego do Gdyni, które potraktowałem bardzo luźno, gdyż 4 dni później startowałem w ważniejszej imprezie – w Mistrzostwach Wojska Polskiego w Półmaratonie w Pile. To właśnie na tym biegu ustanowiłem swoją aktualną (jeszcze ;)) życiówkę 01:17:30.

Piła półmaraton 5 września 2010

Mistrzostwach Wojska Polskiego w Półmaratonie. Piła, 5 września 2010r.

Trzy tygodnie po półmaratonie, przypadał kolejny start – Mistrzostwa Wojska Polskiego w Maratonie rozgrywane podczas Maratonu Warszawskiego, ale na dwa miesiące wcześniej zrezygnowałem z tego startu, gdyż na ten termin miałem zaproszenie na wesele i nie ukrywam, że maraton był mi bardzo nie po drodze. Moim celem było szybkie 5 i 10km, a maraton na inne lata. Jednak jak to w wojsku była…pojechałem po weselu, bo rozkaz, to rozkaz, ale nie będę się rozpisywał jak to było, bo już raz to opisałem i możesz przeczytać całą historię na portalu bieganie.pl (link: NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY JAK GO MALUJĄ, CZYLI MARATON PO WESELU  ) Maraton w debiucie poniżej 3h (2:58:18 – brutto, netto: 2:55:35) i nawet ten „trener” mi gratulował przy okazji przyznając, że się mylił co do mojej osoby, ale nie to było wtedy dla mnie najważniejsze – ważniejszy był zaskakujący wynik 🙂

23409-MWA10-7851-42-000201-mwa10_01_msz_20100926_115820 (Copy)

2010 był czasem treningów pod 5-10km i przyniósł kilka wartościowych dla mnie wyników. Poprawiłem życiówki na 5km -16:42,  10km – 34:45, 15km -54:18. Jako żołnierz dostałem się do reprezentacji dywizji, którą reprezentowałem Mistrzostwach Polski Służb Mundurowych, rozgrywanych podczas Biegu o Nóż Komandosa w Lublińcu na dystansie 13 km, po przełajowej trasie w butach wojskowych i mundurze. Wywalczyłem 13 miejsce, a nasza drużyna zajęła 3 miejsce.

1010008_1212_00281 (Copy)

1010008_1210_00232 (Copy)

Bieg o Nóż Komandosa. Mistrzostwa Polski Służb Mundurowych. Lubliniec, 8 październik 2010r.

Był to początek października i moje plany biegowe się kończyły ze względu na wymagający okres sierpnia i września, gdzie startowałem tydzień po tygodniu. Jednak dostałem telefon z propozycją wystartowania w kolejnym maratonie i to jeszcze w listopadzie tego roku. Początkowo bardzo opornie i niechętnie. Później wejście na moją ambicję osoby namawiającej poskutkowało i się zgodziłem.

A co to był za maraton, co działo się dalej, przed jak ciężkim wyborem musiałem stanąć, to już zdradzi część 8 🙂


Podziel się