3 dni. Tyle wytrwałem w postanowieniu, jakie mój trener mi zasugerował. Jak wspominałem w ostatnim wpisie – robiłem dziwne podsumowania, czego to ja nie dokonałem, gdzie nie byłem i jak szybko nie biegałem. Ile już z biegania udało mi się dobrego wyciągnąć i nauczyć. Robiłem wielkie podsumowanie, które miało być czymś w formie pożegnania. Tak naprawdę z tego podsumowanie nie wynikało nic. Całe szczęście, że tak szybko się spostrzegłem (tylko 3 dni, mam wrażenie, że znam kilka osób, które odkryły to po latach). Rozstanie ewidentnie mi nie wyszło. Chciałem rozstać się z częścią siebie, a co gorsza chyba z tą lepszą połową. Jakże dziś cieszę się, że ten moment wystąpił w moim życiu. Jakże cieszę się, że spojrzałem na bieganie z innej perspektywy. Nie perspektywy przelotnej kochanki na kilka lat, aby po latach opowiadać swoim dzieciom lub wnukom, że tata/dziadek, to kiedyś w liceum biegał. Bieganie było i jest czymś więcej dla mnie. Poprzez bieganie budowałem swój młody charakter w szkole podstawowej, bieganie było już dla mnie tak naturalne jak oddychanie. Też koledzy w wojsku, którzy już znali moje możliwości biegowe, bo widzieli jak trenowałem do zawodów, postrzegali mnie jako sportowca-biegacza i ze zdziwieniem przyglądali się moje 3 dniowej rozłące z bieganiem, a kiedy mówiłem im, że „to koniec” – śmiali się i mówili, że żartuję sobie. To musiał się tak skończyć. Nie oszukałem siebie i postanowiłem jednak dać „nam” szansę 🙂

Oficjalny koniec trenowania lekkiej i sprintów. Kolej rzeczy była znana – czas realizować marzenie o biegach długodystansowych. Wiedziałem, że muszę się tzw. „wydłużyć”, że to będzie proces nie łatwy, bo w końcu sprinty obudziły we mnie nieco zwierzęcy zapał do ćwiczeń na siłowni, które w połączeniu z wojskowymi pompkami wywołały wiele przykurczy mięśniowych. Byłem mega „pospinany”. W dzienniczku zanotowałem w tym okresie wagę 76kg. Czułem się ciężki, bo jak wiecie z poprzednich części, moją wagą przed podjeciem treningu sprinterskiego było 66-67kg. Wiedziałem jedno – muszę spędzać więcej czasu na truchtaniu i mniej ćwiczyć górne części ciała. I tak robiłem. Kiedy tylko mi pozwolono wyjść pobiegać – biegałem spokojny tempem i kończyłem kilkuminutowym rozciąganiem. Jedno co pamiętam bolesnego, to ból ramion – obręczy barkowej. W truchcie ciągle się kontrolowałem i  gadałem do siebie: „luźno ręce, nie spinaj się tak!” Z czasem robiło się coraz łatwiej. Waga spadała, ja potrafiłem przebiec ponad 11km i nazwać to dużym wybieganiem.  W moim dzienniku widnieje też notatka, że w trakcie tego wydłużania pobiegłem egzamin z WF – 3km w 11’54” i był to najlepszy wynik w jednostce. Kilometraż, nieco na oko notowany w dzienniku, mówi o 61 km w listopadzie i 93 km w grudniu. Biegałem kiedy tylko mogłem, a jak nie mogłem, to ćwiczyłem brzuszki, przysiady itp. Waga pod koniec roku wynosiła już 71kg. Siły też mnie nie opuszczały, bo na ławeczce potrafiłem wyciskać na 98 kg! 😀

Kończyłem 2007 rok bardzo biegowo, bo oprócz tego, że byłem w domu na całe święta, to jeszcze szczęści dopisało i wygrałem w kartach przepustkę na sylwestra 🙂 Pojechałem na swój pierwszy bieg uliczny – Bieg Sylwestrowy w Lesznie na 4,5km. Rok 2008 to już inna bajka.

tall_ships_2

Nowy dziennik i większe zaangażowanie w bieganie. Do końca służby zostało kilka miesięcy, wychodziłem 22 kwietnia. Zaczynałem się uczyć. Jak trenować biegi długie, jakie stosuje się jednostki treningowe, w jakich odstępach, jak powinien wyglądać tydzień treningowy, poznałem co to mikrocykl, makrocykl i mezocykl. Czytałem gazetki, później spędzałem wiele godzin w internecie, gdzie królowało i nadal króluje dla mnie, bieganie.pl. Wiele rzeczy wydawało mi się trudne, skomplikowane, jednak poznałem schemat, nazewnictwo i z czasem trudne rzeczy przeradzały się w łatwe. Byłem wtedy jak jeden z cytatów w moim dzienniku, który nie znalazł się tam przez przypadek : „Sam sobie sterem i okrętem”.

Treningi wyglądały inaczej. Wprowadziłem zabawy biegowe – fartleki, a duże wybiegania wynosiły nawet 15km. Kilometraż tygodniowy ponad 45km. Bieganie bieganiem, ale co działo się na froncie mojej przyszłości, którą wiązałem z armią? Jak się okazało na kilka dni przed wyjściem do „cywila”, miałem złożyć dokumenty do szkoły podoficerskiej – tak jak kazał kapitan w WKU. Niestety, kiedy zadzwoniłem z zapytaniem o termin składania dokumentów, usłyszałem że przyjęcia do szkoły są wstrzymane i w pierwszej kolejności przyjmowani są żołnierze zawodowi. Dostałem też wskazówkę, że jednym z najlepszych rozwiązań jest staranie się o przyjęcie do korpusu szeregowych zawodowych, a stamtąd do szkoły podoficerskiej. Tak zrobiłem. Wróciłem do cywila, odwiedziłem najbliższe jednostki w okolicy miejsca zamieszkania i … i nic. Nie było miejsc. Służba zawodowa dopiero się tam rozwijała. Najbliższa jednostka oddalona o 80km znajdowała się w Międzyrzeczu i to tam złożyłem dokumenty. W czerwcu stawiłem się na egzaminach z wf. W sierpniu dostałem odpowiedź: ” służbę rozpoczyna Pan od  1 października”. Ale wróćmy na moment do tego, co robiłem od kwietnia do października. Można powiedzieć, że zdobywałem nowe doświadczenia 🙂 Z racji, iż mój tata jest z zawodu budowlańcem zabrał mnie kilka dni, po powrocie do cywila, na fuchę jako pomocnika. Robota nie ciężka, mogłem mu pomóc i przy okazji zarobić parę złotych. Myślałem, że to przelotna opcja, jednak na koniec pracy dostałem propozycję dorabiania sobie z firmą, która najęła tatę i w sumie nie miałem nic innego do roboty i nie wiedziałem, kiedy dostanę się na zawodowego do armii. Tak przez ponad 5 miesiący kształciłem się w zawodzie pomocnik murarza, malarza, płytkarza, szpachlarza i wszystkiego, co związane z budowlanką 🙂 Bardzo zróżnicowane obowiązki, raz wynosiłem pianino z 3 piętra w kamienicy w Poznaniu, następnego dnia malowałem pokoje, jeszcze innego szlifowałem sufity i ściany, a nawet fugowałem łazienki. Jednak była też jedna czynność, którą każdego dnia powtarzałem – parzyłem kilka kaw 3-4 razy dziennie 🙂 Pracowałem po 10-12 godzin dziennie. Nie było lekko, ale wiedziałem, za co dostaję pieniądze 😉

1 października nadszedł szybko. Nieco odzwyczajony od wojskowych zasad i regulaminów, stawiłem się w jednostce. Pierwsze dni bardzo spokojne, czekałem, aż zacznie ktoś mnie stawiać na baczność itp. Czułem się najmłodszy i tak  ponoć było, byłem jednym 20 latkiem na batalionie, a może nawet na całej jednostce. Zaczynałem pracę o 7:00 kończyłem o 15:30. Dziwnie się czułem, bo w służbie zasadniczej czegoś takiego nie było – tam byłeś w wojsku 24/h. Co prawda mieszkałem na jednostce i miałem swoją kwaterę dzieloną z innymi żołnierzami, ale po 15:30 każdy mógł wyjść poza jednostkę i wracać, o której się chciało bez przepustki – taki internat jakby. Kończyłem więc pracę, ubierałem się w ciuchy do biegania i wychodziłem robić swoje. Koledzy mnie uprzedzali, że w tej jednostce nie ma czasu na sport, tutaj trzeba się szkolić, bo wiecznie są poligony, wyjazdy na misje zagraniczne itp. Tak mi nagadali, że aż przypomniałem sobie słowa trenera, kiedy kazał mi rzucić biegania na rzecz szkolenia się. Ale przecież moje bieganie jest po pracy więc nikomu tym nie szkodzę – pomyślałem i nadal wychodziłem na swoje popołudniowe sesje treningowe. Biegałem, bo chciałem podtrzymać sprawność, wagę i przede wszystkim nadal się wydłużałem, bo planowałem starty w biegach ulicznych. Miałem cele i nie radziłem sobie bez biegania.

Wystarczył jeden dzień, aby moje podejście nabrało innego znaczenia, a może nawet zmieniło tor. W przypadki nie wierzę. Wracam z biegania i  mijam faceta, którego kojarzyłem i podejrzewałem, że pracuje w wojsku, a że pracowałem od niedawna, to go nie rozpoznałem. To był wojskowy z sekcji WF (wojskowy WFista). Tego dnia wiało, a ja miałem na sobie wojskowy polar z windstoperem i po tym poznał, że pracuję w jednostce. Zapytał od kiedy pracuję, od kiedy biegam, a na koniec kazał następnego dnia stawić się w jego kancelarii, żeby pogadać więcej. Kolejne spotkanie, które zmieniło moje bieganie i rozpoczęło nową przygodę.

Ale o tym opowiem już w kolejnej 7 części. Działo się wiele. Bieganie nabierało rozpędu, a i konfliktów i trudności nie brakowało.


Podziel się