devon 254

Poważne decyzje. 

Ciężko było się rozstać z klubem, trenowaniem lekkiej. Może te niedosyty związane z wynikami ciążyły mi na ambicji. Trener podsunął pomysł, ze szkołą policealną w Lesznie i trenowaniem u innego trenera. Zapisałem się do tej szkoły, nawet książki kupiłem. Jednak wystarczył jeden dzień, aby wszystko się zmieniło. To był połowa lipca, a ja pojechałem do Powodowa sprawdzić wyniki matury, którą zdałem, ale to nie było największym zaskoczeniem.

„Statek jest bezpieczny, kiedy stoi w porcie, lecz nie po to buduje się statki.”

 – Paulo Coelho

Największym zaskoczeniem dla wielu było to, że prosto z Powodowa pojechałem do Nowego Tomyśla, gdzie znajdowało się moje WKU (Wojskowa Komenda Uzupełnień). Pojechałem się zgłosić na ochotnika do odbycia służby. Co mną wtedy pokierowało? – chyba jakiś Impuls, intuicja. Może nieco szalone, ale czułem, że to dla mnie ważne, że to może być dobra droga. Początkowo zdeklarowałem, że chcę pójść do szkoły podoficerskiej, gdyż ze zdaną maturą kwalifikowałem się, ale w WKU usłyszałem: „przykro nam bardzo, ale termin naboru do szkoły minął w kwietniu, ale namawiamy pana do odbycia służby zasadniczej – 9 miesięcy – gdyż po odbyciu tej służby będzie pan miał większe szanse na dostanie się do szkoły podoficerskiej”. Pomyślałem, że to dobra propozycja i zapytałem: „to kiedy do służby zostałbym powołany?” – w odpowiedzi usłyszałem: ” już za trzy tygodnie” Pomyślałem, że trochę za szybko i zapytałem kiedy następny termin, może jakiś późniejszy? – odpowiedź była już stanowcza, bo chyba pan kapitan tracił cierpliwość, że tak wybrzydzam i powiedział, że to jedyny termin na tą chwilę i mam brać co jest, bo jak nie wezmę, to i tak przyślą mi tzw „liścik z powołaniem”. Później zachęcił, że jeśli pójdę teraz, to wyjdę akurat jak będzie nabór do szkoły podoficerskiej i wszystko fajnie się zgra na moją korzyść. Przestałem już dopytywać i i powiedziałem biorę co jest. Chociaż zapomniałem o najważniejszy dokąd? i w jakiej specjalizacji będę się szkolił? co przez te 9 miesięcy  będę robił?  Kapitan odpowiedział – Czarne – taka miejscowość. Czarno to już widziałem, kiedy powiedział, że jednostki są tam dwie: samochodowo-remontowa i zmechanizowana. Mówił też coś, że prawo jazd na samochód ciężarowy sobie zrobię – co prawda, nie było to moim marzeniem i nie kręciły mnie auta ciężarowe, ale pomyślałem, że zawsze coś. Wolałem komandosów, czerwone berety – desant. Ale musiałem brać co jest. Wróciłem do domu, powiedziałem mamie i tacie – popłakali się (tata ze wzruszenia, a mama chyba ze strachu).

Trzy tygodnie później.

„Wyzwania są tym, co czyni życie interesującym. Stawianie im czoła jest tym, co nadaje życiu sens.”

– Joshua J. Marine

2 sierpnia 2007 roku wcielono mnie do armii, gdzie nie zrobiłem prawka, bo to była bujda kapitana, ale za to zostałem kierowcą ponad czterdziesto tonowego sprzętu – czołgu T 72.

zos_1_01 Soldier

Tak prawdziwego czołgu, z lufą na gąsienicach 🙂 3 miesiące tzw. „unitarki” było ostro. Pobudka 5.30, zaprawa (bieganie + ćwiczenia 20′), później śniadanie i zajęcia typu strzelanie, musztra, nauka regulaminów, nauka jazdy, wysadzania, rzut granatem, a nawet WF się przytrafiał. Po tym czasie – 6 miesięcy – to już inna bajka. Zostałem instruktorem jazdy i uczyłem młodszych. Początkowo przerażenie mnie nie opuszczało, kiedy myślałem o prowadzeniu i naprawianiu czołgu, bo o mechanice nie miałem pojęcia i nie kręciło mnie to. Jednak żarty się skończyły – byłem w wojsku, a pod opiekę dano mi trzy czołgi o które musiałem dbać. Uczyłem się mechaniki i elektromechaniki czołgu, ale nic nie zastąpiło praktyki, której nie brakowało każdego dnia na placu, na którym stało czołgów ponad 50. Nie chciałbym zanudzać, bo wielu może ten okres nie interesować. Czarne było małym miasteczkiem leżącym 20km od Szczecinka w województwie pomorskim. Na przepustki do domu wracałem średnio co 3-4 tygodnie na 2 dni. Za pobyt w wojsku dostawałem żołd – taka wojskowa forma wypłaty. Co miesiąc chodziłem do kasy – dokładnie nie pamiętam –  ale chyba było około 120zł. I wiecie co pamiętam  najlepszego? – ja jeszcze z tego odkładałem oszczędności! Byłem oszczędny, to fakt, ale nie miałem co z tą kasą robić za murami jednostki, bo przecież jeść i spać dostałem, pociąg do domu miałem za free. Pamiętam też, że miałem obsesje na tle czystych i błyszczących butów, które pastowałem i polerowałem nawet 15min dziennie i zostałem za to wyróżniony przez dowódcę – takie rzeczy tylko w wojsku 😉

A co z bieganiem?

68765796_cf29ec9483_o

Nie chciałem odpuszczać treningu, tym bardziej, że trener prosił mnie, abym wystartował jeszcze we wrześniu na zawodach ligowych. Więc miałem cel i motywację. Musiałem prosić dowódców o zezwolenie na bieganie. I tylko oficjalne pismo od trenera dało mi taką możliwość. Początkowo zakazali mi treningów w swoich rzeczach i byłem skazany na wojskowy dres i trampki, ale lepsze to niż nic. Później wybłagałem, własne buty, które były u dowódcy, a ja przed treningiem chodziłem je pobierać, a po treningu oddawać. Po 3 miesiącach mogłem już biegać w swoich ciuchach. Godziny treningów?  – albo rano przed 5:30 (dla mnie to jest i była noc), zaraz po obiedzie w trakcie ciszy poobiedniej albo po 21:00. Na inne godziny zgody nie dostałem.

„Jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób, jeśli nie chcesz, znajdziesz powód.”

Rano byłem nie przytomny. Po obiedzie próbowałem, ale źle się biegało – chyba, że celowo mało jadłem. Najlepiej było wieczorem. Biegałem po jednostce, bo brukowych drogach wewnętrznych, bo tylko te były oświetlone. O treningu poza jednostką nie było co marzyć. Czasami udało mi się poprosić dowódcę, aby biegać w ramach wf. Może brakowało czasu na bieganie, ale nie zabrakło czasu na ćwiczenia. Jak to w wojsku dominowały pompki.

Pierwsze rozstanie z bieganiem.

8879187737_8eccb85b73_zNa początku września trener przysłał list, w którym prosił dowódcę, aby zezwolono mi na udział w zawodach ligowych. Pojechałem. Zawody odbywały się 23 września w Zielonej Górze, a ja na 100m pobiegłem w 11:86 – słabo, ale na cóż więcej mogłem liczyć trenując takich warunkach?! Jeszcze dwie sztafety 4x100m i 4x400m w tej pierwszej zajęliśmy 2 miejscem, a drugiej 3. Co było dużym sukcesem. Jak się później okazało nasz klub wszedł do I ligi lekkoatletycznej, ale dla mnie to był już definitywnie ostatni start w barwach klubu. Wtedy też pojawiła się pierwsza myśl o zakończeniu przygody z bieganiem. A zasugerował to sam trener! Początkowo myślałem, że chodzi mu tylko o trenowanie „lekkiej”, ale jemu chodziło ogólnie o bieganie, chciał żebym poświęcił ten czas i energię na szkolenie się, a później pracę w wojsku.
Nie mogłem tego pojąć. Mój „drugi ojciec” każe mi porzucić coś co jest ważne, daje mi satysfakcję i co mnie rozwija?! Był moim trenerem, mentorem, kształtował mnie. To rozmowa z nim ostatecznie przypieczętowała moją zmianę decyzji i to za jego namową wybrałem przyszłość w armii. Teraz też go posłuchałem. Wróciłem z przepustki do jednostki i według dziennika nie robiłem zbyt wiele – obowiązkowe zaprawy i ćwiczenia.

Ciężko było się przestawić. Robiłem podsumowania i analizy moich dotychczasowych osiągnięć i przygód z bieganiem. Próbowałem wszystko sobie jakoś wytłumaczyć i poukładać, ale czułem, że się oszukuję, że robię coś wbrew sobie.

Co było dalej i jak długo wytrzymałem w tym rozstaniu zdradzi już część 6.


Podziel się