MentalRunner

#FeiferTrenuje

Część 3. Licealny romans z lekką atletyką.

50bfb3ec38

Szkoła i stadion w Powodowie.

Będzie to wpis, w którym przybliżę wam moje wyniki, czas i dystanse na jakich biegałem jako zawodnik trenujący lekką atletykę. Dla osób, które trenują lub trenowały „lekką”, te wyniki będą jakąś wartością, ale dla kogoś kto nie trenował mogą nic nie mówić. Postaram się ten okres przedstawić  Wam jak najciekawiej.

Szkoła i wyniki w nauce w wielkim skrócie – wypadałem przeważnie dostatecznie, a nawet zdarzało się dobrze i bardzo dobrze. Ogólnie dużo lepiej niż rodzice, z resztą niewierzących, obstawiali 😉 A zdana matura była zaskoczeniem jeszcze większym (dla mnie też ;))

Treningi to już dłuższa historia. Trafiając do klubu główny trener – Mirosław Polak – widział we mnie zawodnika na 400m i 800m + biegi przełajowe. Tak też wyglądał pierwszy sezon, choć cały czas z tyłu głowy czułem biegi długie.
Wyniki po pierwszych startach: 400m – 00:54:54 i 800m – 2:07:40. Trener twierdził, że jest ok i zostajemy przy treningach do biegów średnich. Kolejny sezon i lepsze wyniki: 400m – 00:52:82 a 800m – 02:03:86. W między czasie pobiłem też swój rekord na 1000m – 02:43:12. Było też wiele niedosytu np. biegi przełajowe, które biegać lubiłem, ale nie potrafiłem! Za wolno ruszałem z początku, nie umiałem się przepychać, dopiero jak wszystko się uspokoiło, większość słabła po mocnym starcie, ja brałem się do roboty i finiszowałem efektywnie i efektownie zajmując miejsca poza pierwszą dziesiątką. Był też jeden start na 2000m z przeszkodami czas: 6:54 – szkoda, że tylko jeden. Trzeci taki niedosyt, to fakt nie „złamania” granicy 2min na 800m. Był tylko jeden taki bieg, w którym mogłem to zrobić i na 99% zrobiłbym to. Startowałem bez obciążenia psychicznego, po głównym starcie na 400m i czułem luz. Biegnąc w silnej  grupce na ostatnich 200 metrach zaczynałem finisz, a tu nagle 1 tor wolny, bo na pozostałych rozstawili płotki do finału na 110m. Próbowałem wyprzedzać, ale chłopaki szczelnie blokowali – pamiętam moją złość jak dziś. Pobiegłem w granicach 2:01. Trener po biegu powiedział, że połamałbym te 2min, ale będzie jeszcze okazja, bo jestem w niezłej formie – też tak czułem i czuje, kiedy przeglądam stary dziennik treningowy. Niestety więcej okazji nie było.

„Siła człowieka nie polega na tym, że nigdy nie upada, ale na tym, że potrafi się podnosić.”

– Konfucjusz

 Kontuzja. Pierwszy poważny uraz wielu biegaczom znany – ścięgno achillesa. Wyłączony z treningu na 2 miesiące. Naświetlania, wcierki maściami, pole magnetyczne i nic. Próba powrotu zakończyła się niepowodzeniem i przedłużeniem nieobecności na treningach o kolejne 1,5 miesiąca. Co ciekawe nieobecność w treningu przełożyła się na lepsze wyniki w nauce! Kiedy wracałem do domu o godzinie 14 – 15, a nie 18 – byłem początkowo zdumiony ile czasu jest na naukę 😉 Okres kontuzji nie był jednak czasem straconym też z innych powodów. To właśnie w tym czasie musiałem uruchomić moje pierwsze zbiory aforyzmów – myśl, że moim rywale trenują, czas ucieka zaczynała mnie frustrować. Odbudowywałem się z dnia na dzień i postanowiłem wrócić silniejszy. Pamiętam jak zamykałem się w swoim pokoju, odpalałem rock’ową muzykę i ćwiczyłem te partie mięśni, które nie obciążały achillesa, nucąc sobie pod nosem słowa piosenki, której refren po przetłumaczeniu brzmiał: „nie będziesz lepszy ode mnie” + kilka obowiązkowych utworów z filmu Rocky 😉 Wracałem powoli do zdrowia i treningów. Na początek dużo siłowni i trochę biegania. Czułem się dobrze, ale jedna zmiana była widoczna, trochę odczuwalna i dała do myślenia.

Czas na sprint?

Zmieniła się moja sylwetka. Z 66kg zrobiło się 71kg i mięśni przybyło. Było już po sezonie. A ja wpadłem na dziwny pomysł. Zaproponowałem trenerowi, żeby spróbować teraz biegów sprinterskich, skoro masa i sylwetka zrobiła się już „sama” ;). Trener stanowczo się sprzeciwił. Pamiętam jak powiedział: „jeszcze nie słyszałem, żeby z długodystansowca lub średniaka ktoś zrobił sprintera! Na odwrót, to tak! To nie wyjdzie – dalej trenujemy do 400m i 800m”. To było przed nowym rokiem. Kurde! Ale byłem na niego wściekły wtedy i nawet na chwilę strzeliłem focha – wiedział o tym! Nie odpuściłem mu, aż w końcu sam powiedział, że robiliśmy i tak już dużo eksperymentów, że pójść w sprint też można, ale mam szanse tylko do pierwszego startu na 100m w kwietniu – jak nie wyjdzie, to powrót do średnich dystansów. Od stycznia 2005 znalazłem się w grupie trenującej sprinty. Całkowicie inny trening, ale podobało mi się. W głowie też miałem świadomość, że w gimnazjum potrafiłem biegać szybko i chciałem to wykorzystać.

Pierwsze starty.

S 063

100m – jeden wdech, wyjście z bloku i kilka dynamicznych kroków. Drugi od prawej to ja.

S 064

Kwiecień pierwszy start na 100m :11:51 i już było wiadomo, że nie wrócę do biegów średnich. Kolejny start w maju na 100m: 11:21 i 300m: 37:43. Wkręciłem się na dobre w sprint. Poprawiłem życiówkę na 400m – 50:68. Eksperymentalnie dwa razy wystartowałem na 400m przez płotki z identycznym wynikiem 61:01. Stworzyliśmy w klubie niesamowitą sztafetę, która składała się z dwóch skoczków w dal i dwóch sprinterów. Nikt z nas nie biegał indywidualnie poniżej 11sekund na 100m, a jednak w sztafecie 4x100m biegaliśmy w nieco ponad 42 sekund. Gromiliśmy wielkie składy z super klubów i dużych miast, wygraliśmy Mistrzostwa WLKP, Makroregionu, ustanowiliśmy kilka rekordów, a nawet pojechaliśmy na Mistrzostwa Polski, gdzie zajęliśmy wysokie 7 miejsce. Najsłabszą moją konkurencją było 200m (życiówka 23:40 ) – nie potrafiłem tego biegać. Niedosyt? – tak, tutaj też był. 100m poniżej 11 sekund biegałem regularnie na ostatniej zmianie sztafety, ale indywidualnie nie wyszło. I 400m poniżej 50 sekund…jeden lub dwa sezony dłużej i może urwałbym te 68 setnych sekundy. Ale nie ma co gdybać, bo pewne jest jedno – zmiana była dobra. Spektakularnych osiągnięć nie było, ale podium odwiedzałem częściej niż za średniaka i pożytek dla trenera był ze mnie większy.

6295e663ea

 I w takich strojach się biegało 😉  fot. elka.pl

Podsumowanie.

Te 3 lata biegania w liceum było okresem bardzo eksperymentalnym. Biegałem na wielu dystansach, a trener stwierdził na koniec, że mogłem zostać dobrym wieloboistą 🙂 – Kto wie!? 😉 Była to ważna przygoda i dużo z tamtego okresu wyniosłem. Choćby dyscyplinę i profesjonalne podejście do treningu. Byłem ambitnym amatorem i nadal nim jestem. Trener o tym wiedział i powtarzał mi, że nadrabiam ciężką pracą i profesjonalnym podejściem. Wiedziałem, że istniej coś takiego jak talent, którego mi brakowało, ale też wierzyłem, że talent, to tylko wielka cierpliwość. Nauczyłem się też ważnej umiejętności – motywowania siebie w trudnych chwilach, w trakcie kontuzji. Przez lata nie zdawałem sobie sprawy z mocy tej umiejętności.

Ciąg dalszy podsumowania, kilka słów o wsparciu jakiego w tym okresie potrzebowałem, opuszczenie szkoły – klubu i pierwsze poważne decyzje o przyszłości  i dalszej przygodzie z bieganiem już w następnym wpisie.


PODZIEL SIĘ

6 Comments

  1. Czytam to i śmiać mi się chcę z tego jak ludzi są różni, a może bardziej z siebie samej 😛 Ty marzyłeś o dostaniu się pod skrzydła trenera Polaka, a ja czołgałam się po boisku i prosiłam Pana Kubale żeby mnie krył przed trenerem hehe ..ale i tak mnie dopadł 😮

  2. Mam wrażenie jakbym znał osobiście autora, bo w całości się zgadzam z tym wpisem.

  3. Też uciekałam od trenera, a teraz tęsknie …..brak tzw.:”bata” ;p a na matematyce w 1 ławce ze mną było ok 🙂

  4. Post godny uwagi. Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszym pisaniu.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 MentalRunner

Theme by Anders NorenUp ↑