DSC02171

Jak pisałem wcześniej, po teście byłem pewien wyjazdu na Mistrzostwa, ale nie byłem pewien na jakim dystansie. Dlaczego? Bo na mistrzostwach rozgrywane były biegi indywidualne – 3km i 8km, a w naszym teście biegli wszyscy zawodnicy z całego zgrupowania i nie było żadnego podziału. Kierownik – trener zgrupowania, osoba odpowiedzialna za skład miała więc niezły orzech do zgryzienia. W eliminacjach biegałem 8km (zawody w Lesznie), tutaj wygrywam bieg na 3km i sam zaczynam się zastanawiać, czy może nie skrócić dystansu, mimo, że od mojego powrotu trenowałem do 10km. Na teście pobiegłem 9:31 na 3km i nie jest to jakiś rewelacyjny wynik w skali Mistrzostw Wojska, ale to był bieg na miejsca, na końcówkę. Pewniej się czułem w dłuższym biegu, ale chciałem ryzykować i rzucić się na krótszy dystans. Zostawiłem tę decyzję kierownikowi. Dwa dni przed wyjazdem usłyszałem, że pierwszego dnia biegnę 8km, a drugiego sztafetę 4x2km. Podobało mi się to podzielenie. Szybką końcówką w teście zapewniłem sobie miejsce w sztafecie, na co bardzo liczyłem.
Dlaczego tak bardzo kręciły mnie te mistrzostwa? Powodów było wiele. Pierwszym był oczywiście niedosyt po dobrze zapowiadającym się roku 2011, kiedy wywalczyłem wicemistrzostwo Dywizji i miałem startować w Mistrzostwach Wojska Polskiego w Lesznie. Drugim było marzenie wywalczenia medalu z takich mistrzostw. Głównym realizacja drugiego z trzech snów, który miałem po wypadku – wielki bieg przełajowy, który kończę jak zwycięzca mimo, że znów biegu nie wygrałem. Dodatkowym powodem mógł być fakt, że te mistrzostwa były rozgrywane w Bydgoszczy, w tym samym miejscu, gdzie wiosną były rozgrywane Mistrzostwa Świata w Biegach Przełajowych! – mnie to kręciło!

Ok, jedziemy. 14 października, Bydgoszcz 2013.
Lekko nerwowa rozgrzewka, czułem presję, choć nie byłem zawodnikiem, na którego drużyna stawiała najmocniej, bo pierwszym reprezentantem był kolega, który eliminacje w Lesznie wygrał, ale do testu nie przystąpił. Pierwszy raz po wypadku założyłem kolce – trochę ryzykowny ruch, ale po sprawdzeniu trasy nie miałem wyjścia. Start. 4 pętle po 2km. Na każdej jeden pozornie mały podbieg trawiasty i plaża przy rzeczce – grząski piach. Jak zawsze nie potrafiłem się przepychać i ostro łapać czołówkę od początku. Lekko wycofany rozkręcałem się stopniowo. Na około 5 km dogoniłem kolegę „mistrza z Leszna”, który nie wyglądał zbyt dobrze, mówił, że nie mam szaleć i biec spokojnie, ale wiedziałem, że to nie ten bieg, gdzie należy biec spokojnie, tu chodziło o zbyt wysoką stawkę. On pewnie nie trafił z formą, a ja czułem, że to jest mój dzień. Poleciałem swoje, do przodu. Albo ja przyspieszałem, albo konkurencja słabła, szacowałem, że powoli osiągam swój cel, że jestem w pierwszej dwudziestce, a może i dalej. Stawka była rozciągnięta. Moja ekipa krzyczała z całych sił, kiedy pokonywałem ostatni podbieg, kiedy wyprzedzałem kolejnego biegacza – pamiętam to jak dziś! Ostatnie koło, biegłem już na totalnej euforii. Koniec. Czas 27:36 średnia prędkość 3:28/km, ale to nie było ważne…zająłem 8 miejsce! Zapunktowałem dla drużyny, jechałem jako drugi, przybiegłem jako pierwszy. A uczucie na mecie? Po biegu? – takie jak po przebudzeniu ze snu. To było to.

IMG_20131016_145030
Ale Mistrzostwa trwały i był jeszcze dzień drugi. Można było zawalczyć o więcej. Sztafeta 4 x 2km. Nie będę się rozpisywał zbyt wiele. Nie mieliśmy ekipy, która składała się z gwiazd, a nawet nie miała jednej jasno świecącej. Były ekipy, które miały w składach mistrzów polski, bardzo dobrych biegaczy. My mieliśmy bardzo równą drużynę. Od samego startu pełno emocji. Raz byliśmy na trzecim miejscu, a za chwilę na piątym, żeby za chwilę znaleźć się znów na trzecim i już tak dobiec do mety. Brązowy medal z Mistrzostwa Wojska Polskiego był już mój. Cała nasza reprezentacja zajęła drugie miejsce drużynowo i wracałem do domu spełniony. To były te chwile szczęścia, po które warto było walczyć i wracać do biegania.

DSC_1284

Powrót miał też swoją drugą stronę, tą mniej przyjemną. Czekała mnie konfrontacja z nieprzychylnym nastawieniem dowódców w pracy. Pozornie było cicho, wróciłem i nie usłyszałem nic. Jak było? Jak Ci poszło? – nic. A ja zabrałem ze sobą medal, bo pomyślałem, że może dowódca zapyta, pochwalę się i może trochę załagodzę sytuację!? Pokażę , że wróciłem na serio i coś ten powrót był wart, że nie trenuję na darmo, że godnie reprezentowałem naszą jednostką, a byłem w końcu jej jedynym reprezentantem na tych mistrzostwach. A tu nic. To była cisza. Cisza przed burzą.
Zostałem zaproszony na rozmowę, której przebieg nie był sympatyczny. Kiedy postawiłem się swojemu dowódcy, czułem, że wsadziłem kij w mrowisko, ale nie wiedziałem, że tak głęboko. Ktoś mnie nieźle prześwietlił i dokopał się do papierów i wydarzeń, które pozornie według mnie były nieszkodliwe dla mnie – myliłem się. Ktoś „dokopał” się do mojego odwołania, w którym podawałem jako argumenty świadczące o mojej sprawności, daty biegów w jakich brałem udział i może wszystko byłoby ok, gdyby nie dwie daty mistrzostw rangi wojskowej, w których brałem udział jeszcze jako żołnierz niezdolny do służby. Starty cywilne też ich drażniły, bo były okresie kiedy nie pracowałem. I mimo, że miałem zapewnienia ze strony wuefistów, którzy prosili mnie, żeby startował, że wszystko będzie ok i załatwione, że nie muszę się niczym przejmować, to jednak zrobiła się z tego afera, a konsekwencje przyszło ponosić mnie. I nie mam do nich żalu, bo gdyby poprosili mnie raz jeszcze, to zrobiłbym to znów. Na dobitkę wrócił temat mojego wyjazdu do Kenii, który był przecież bezprawny i byłem załatwiony. Polowanie na mnie trwało i szło im całkiem nieźle. Byłem pod ostrzałem prawie każdego dnia. Sprawdziany z wiedzy dotyczącej sprzętu, którego miałem używać. Regulaminy, prawo użycia broni i wiele innych tematów, które miałem prezentowane albo z samego rana, albo z zaskoczenia na kilka minut przed końcem pracy. Koledzy mi współczuli, ja na początku się uśmiechałem, bo nie wierzyłem w to wszystko, ale z czasem robiło się to coraz mniej śmieszne. Najcięższe roboty komu się trafiały? – tak, mnie! Bo przecież przez ponad rok mnie nie było i wypoczywałem sobie w domu – tak mi mówił mój bezpośredni przełożony. Po cichu mnie niszczyła ta cała sytuacja. Nie biegałem zbyt wiele, w pracy miałem oczywiście zakaz. Wuefiści byli bezradni i kazali mi się podporządkować i przeczekać. Tak mijał październik i listopad.


11 listopada pobiegłem w biegu na 10km w Luboniu koło Poznania.
Pobiegłem 35:02. Bez zegarka, bez większego treningu. Po mistrzostwach w Bydgoszczy wychodziłem już tylko wieczorami 2-3 razy w tygodniu na lekki rozruch, a w weekendy robiłem kurs instruktora lekkiej atletyki, gdzie nie brakowało zajęć ruchowych i gdzie poznałem wiele ciekawych osób, tak jak np. Pawła Czapiewskiego, który był koordynatorem tego kursu, mojego idola z czasów szkoły średniej, rekordzistę Polski na 800m. Wielu wielkich trenerów kadry polski, wielu zawodników. Jak i kursantów, z którymi mam ciągły kontakt, a nawet spotykamy się na zawodach. Wiele nowych doświadczeń i nauka, którą staram się wykorzystywać na co dzień podczas treningów w Akademii Biegowej.

DSC_1357
Przetrwałem do końca roku. I nie było to łatwe. Wieczorem nie mogłem spać, bo bałem się co nowego wymyślą mi moi dowodzący, a rano budziłem się z myślą: „co dziś mnie tam czeka?” Według tego co mówili moi bliscy, to wyglądałem strasznie, niczym żywy trup. Byłem tym chyba bardzo zmęczony. To nie była już praca, którą pamiętałem i tak bardzo uwielbiałem przed wypadkiem, to było miejsce, które odbierało mi życie, wolność. Często zastanawiałem się czy to ja się zmieniłem, czy ten wypadek namieszał mi w głowie, czy może moje oczekiwania nie są aktualne, zbyt wygórowane? Czym tak bardzo zalazłem za skórę dowódcy? Nie wiem, ale chciałem jak najszybciej poznać odpowiedź. Kończył się rok i miałem ochotę coś zacząć z tym robić. Bo miałem dosyć takiego traktowania.

Podsumowanie 2013.
Dobra, teraz trochę o bieganiu, o cyfrach. Zawsze na koniec roku robię podsumowania i tak jak przedstawiłem Ci rok 2012, tak teraz pokażę jak wyglądał 2013.
– 2800 przebiegniętych kilometrów.
– 600 kilometrów na orbitreku.
– 400 kilometrów na rowerze.
– 22 starty w zawodach.
– 16 razy stałem na podium.
– 61 treningów na siłowni.
– 9 godzin pływania na basenie.
– 16 sesji na saunie.
– 127 dni odpoczywałem
– 238 dni, w których biegałem.

To był bardzo dobry rok dla mnie. Dlaczego? :
– Powrót do szybkiego biegania.
– Wyjazd do Kenii na obóz biegowy.
– Start w Mistrzostwach Wojska Polskiego w Półmaratonie w Sobótce.
– Poprawione życiówki na 5, 10 i 15km.
– Zdobyłem odznakę Wojskowej Sprawności Fizycznej.
– Wicemistrzostwo w Mistrzostwach Wojsk Lądowych w Biegach Przełajowych w Lesznie.
– Realizacja dwóch snów: Wolsztyńska Dziesiątka i biegi przełajowe w Bydgoszczy.
– Wyjazd i medal z Mistrzostw Wojska Polskiego w Biegach Przełajowych w Bydgoszczy.
– Ukończyłem kurs instruktora lekkiej atletyki oraz animatora sportu i rekreacji.

Styczeń 2014 roku.
Jak w każdy poniedziałek, tzw. „rozprowadzenie” – duży apel na placu, całe wojsko z jednostki stoi, ponad 1000 żołnierzy i nagle dowódca jednostki wyczytuje osoby do wyróżnienia i…i pada moje nazwisko! Szok! Myślałem, że to jakaś pomyłka, albo jaja. Okazało się, że na wniosek wuefistów dostałem wyróżnienie za Mistrzostwa z Bydgoszczy. List gratulacyjny, cieszyłem się. Wszyscy pozostali zawodnicy, z innych jednostek otrzymali nagrody finansowe już w listopadzie, a ja po rozmowie z moim przełożonym, jedyne czego się spodziewałem, to finansowej, ale kary. Dowódca wręcza mi list, gratuluje i nagle mówi „zamelduj się dziś do mnie! Musimy sobie pogadać.” Czułem, że to nie będzie miła rozmowa, a moi bezpośredni przełożeni mają w tym swój udział. Zameldowałem się i wysłuchałem najpierw podziwu dla mojej postawy, powrotu, a później wszystkich tych niedobrych rzeczy, o których poinformował mój bezpośredni przełożony. Wysłuchałem wszystkich zarzutów, a kiedy dostałem głos i miałem coś powiedzieć na swoją obronę, to powiedziałem raz jeszcze swoją regułkę, że nie po to wróciłem, żeby ktoś mnie ograniczał, że mam swoje marzenia, cele i że zrobiłbym to wszystko raz jeszcze, gdybym musiał. Dopowiedziałem, że chciałem być dobrym żołnierzem i godnie reprezentować jednostkę. Wtedy wydawało mi się , że nie zrobiło to wszystko wrażenia na dowódcy. Kazał się zastanowić i spodziewać się poważnych konsekwencji tego wszystkiego. Dziwne, bo nie bałem się. Czyżby zbliżał się koniec mojej przygody z armią?

Zastanawiasz się dlaczego dawno nie używałem aforyzmów? Dawno o nich nie wspomniałem? Bo nie musiałem. Teraz jednak to był ten czas i nawet nie musiałem wrócić do domu, aby zajrzeć i poszukać odpowiedniego, aby znaleźć podpowiedź do tej sytuacji. Jadę autem i uśmiecha się do siebie, bo w sekundę poznałem odpowiedź na pytanie, które zadałem sobie:

„Zadaj sobie pytanie, czy to co robisz dzisiaj, przybliża Cię do tego, co chcesz robić jutro?”

Doznałem olśnienia. Uświadomiłem sobie, że już dawno wiedziałem, że to nie moja droga, nie mój kierunek. Udowodniłem swoją sprawność przed komisją i chwile po tym nie czułem się wcale szczęśliwy! Ale wróciłem i spełniłem biegowe marzenia i sny. Mogę teraz odejść. Wróciłem do domu i z uśmiechem oznajmiłem wszystkim, że odchodzę, kończę z pracą w armii. Decyzja zapadła w sercu – nie w głowie i dlatego była niepodważalna.

W lutym 2014 roku zakończyłem pracę w wojsku. Odchodziłem z uśmiechem na twarzy i nikt tego nie rozumiał, a nawet mam wrażenie, że wiele osób do teraz tego nie rozumie i uważa mnie za stukniętego, bo przecież: „stała praca, dobre zarobki, wypłata miesiąc wcześniej, 13stki, mundurówki”. Bla bla bla. Te osoby miały prawo mnie nie rozumieć, bo przecież nie przeszły przez to co ja. Nie doświadczyły wielu rzeczy, które jednak wpłynęły na moje życie. Bo ja nie potrafiłem pozwolić sobie na takie traktowanie, na taką pracę, która sprawiała, że byłem kłębkiem nerwów, na taki brak wolności, na pomiatanie, bo na pagonie widniała tylko jedna belka – czyli nic. To nie było już dla mnie. Dostałem drugą szansę od życia i musiałem mieć to na uwadze. Nie mogłem tego spieprzyć. Miałem swoją wizję, swoje plany, czułem, że stać mnie na więcej. Ostatnią osobą jaką odwiedziłem wychodząc z jednostki była Pani psycholog, która po wypadku pomagała mi przez jakiś czas. Chciałem się pożegnać z nią i podziękować raz jeszcze. Zapytała mnie, co było moim motywem zwolnienia i skąd ten uśmiech?! Opowiedziałem jej wszystko, to co czuję i jak to widzę, a Ona na to: „Pan już tutaj zupełnie nie pasuje, a już na pewno Pana sposób myślenia. Nikt Pana nie zrozumie. Stać Pana na robienie dużo lepszych rzeczy. ” Pogadaliśmy chwilę o książkach, rozwoju osobistym i aforyzmach. Zdradziłem mój sekret i plany, które już realizowałem, a kiedy otrzymałem potwierdzenie ich słuszności, wiedziałem, że droga którą wybrałem jest moją drogą. Dobrą drogą.

To był już przedostatni wpis. Kolejny będzie opowiadał o całym roku 2014, który nie był łatwy, w którym było kilka upadków, ważnych decyzji. Ale będzie też o spełnianiu się, sukcesie, realizacji marzeń.


Podziel się