DSC00392

Maj 2013 roku.

Dzwoni telefon. To nie wojskowa komisja lekarska, ale jeden z wuefistów z jednostki. „Bartek, za dwa tygodnie są Mistrzostwa Wojsk Lądowych w Biegach Przełajowych – pobiegniesz?” Oczywiście, że chciałem pobiec i się zgodziłem, ale problemem było to, że nie byłem formalnie zdolny do pracy, służby i branie udziału w zawodach wiązało się z lekkim łamaniem prawa. Nie chciałem mieć problemów z dowódcą, bo nasze stosunki i tak nie były ciekawe. Uspokojono mnie, że wszystko biorą na siebie, że ja mam tylko pobiec i niczym się nie przejmować. No i pobiegłem. To miał być mój wielki dzień. Oficjalny powrót. Byłem zdeterminowany i mocno nastawiony na zawalczenie o wszystko. Wyraźnie chciałem zaznaczyć, że moja forma biegowa ma się bardzo dobrze, że wypadek nie był krokiem wstecz, że trzeba się jeszcze ze mną liczyć. Mentalnie – bardzo silny. Fizycznie – nie do końca. Byłem w mocnym okresie treningowym, moja impreza docelowa była w czerwcu i to do niej się przygotowywałem. Te mistrzostwa musiałem przyjąć z marszu i wpleść w plan. Trwały dwa dni. Dzień  pierwszy – bieg indywidualny na 8km,  a drugi dzień to biegi drużynowe -sztafety (4x2km).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Maj. Mistrzostwa Wojsk Lądowych w Biegach Przełajowych. Leszno 2013 roku.

Priorytet dzień pierwszy. Ekipa, z którą przyszło mi się ścigać, od mistrzostw w 2011 zmieniła się delikatnie. Niektórzy przestali biegać, inni zaczęli biegać szybciej, a jeszcze inni zmienili dystans. Mało osób spodziewało się mnie na starcie. Wszyscy pytali jak pobiegnę, jakie mam plany itp. Ja sam nie wiedziałem na co mnie stać, bo to był pierwszy start przełajowy od mojego powrotu. Choć nie czułem świeżości w nogach, uśmiechałem się cały czas, bo każdy napotkany znajomy pytał jak to się stało, że wróciłem, a ja opowiadałem od nowa mu całą historię nie mając czasu na myślenie i stresowanie się zbliżającym startem. Nie wiem, czy ktokolwiek na tych mistrzostwach miał więcej do udowodnienia niż ja sam. Nie wiem też, czy ktokolwiek miał tak silną motywację. Wiele osób obawiało się mnie, bo podejrzewali, że płynę na wysokiej fali, wiedzieli, że nie wróciłem dla żartów. Byłem tego świadom i czerpałem z tego siłę.

Start. Od początku odważnie do przodu z pierwszą piątką. Tylko wytrzymać. Pierwszy zawodnik uciekł nam szybko i przyznam się – bił nas o klasę. Jednak na 3km byliśmy już w trzyosobowej grupie, która poziomem wydawała się być równa. Znałem tych biegaczy, dwa miesiące wcześniej przegrałem z nimi sporo na półmaratonie w Sobótce. Jednak, to było 2 miesiące temu, a dzisiaj jest dzisiaj. Inny bieg, inna motywacja, inna stawka. Fizycznie sprawiali wrażenie silnych, dobrze przygotowanych, a ja starałem się też sprawiać takie wrażenie. Będę trochę arogancki, ale przyznam się, w głowie miałem jedną myśl – jestem silniejszy psychicznie, mentalnie wygrywam ten bieg. Musiałem tylko wytrzymać do ostatniego kilometra, bo tam chciałem wykorzystać tę siłę, która zawsze się ujawniała. Szarpali, próbowali uciekać. Wytrzymałem i zaczęło się, ostatni kilometr. Na trasie mnóstwo kibicujących znajomych, na 500m przed metą byłem za nimi, czyli na 4 miejscu. Wyczekałem i ruszyłem sprintem ostatnie 400m, wyprzedzając moich rywali. Jeszcze lekki podbieg i zakręt. Wpadam na metę jako drugi.  Wicemistrzostwo moje 🙂 Trasa nie miała pełnych 8km. Biegłem z średnią 3:32/km i jak na niełatwy przełaj, było to dla mnie dobrym wynikiem. Ale…to nie było aż tak ważne. W tym dniu poczułem, że wróciłem prawdziwie i że spełniam to wszystko, o czy mówiłem. Lepszy, szybszy i wytrwalszy. Fizyczny niegotowy na takie biegnie, ale mentalnością chyba nadrabiałem wszystko.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Drugiego dnia pobiegłem w  sztafecie 2km i zajęliśmy 3 miejsce. Do domu wróciłem z trzema medalami i pucharem. To były udane mistrzostwa, po których marzenie startu w Mistrzostwach Wojska Polskiego stawało się jeszcze bardziej realne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

2 Czerwca 2013 roku. Wolsztyńska Dziesiątka. Start Docelowy.

Nadszedł ten dzień. Rok wcześniej obiecałem sobie, że stanę na starcie tego biegu i zrobię coś wielkiego. „Pierwsza dziesiątka w klasyfikacji open  i czas poniżej 35 minut”. Chyba nie muszę pisać, jak bardzo byłem zdeterminowany, naładowany energią i nastawiony na swoje osobiste zwycięstwo. To był dobry dzień na szybkie bieganie dla mnie. Od początku biegłem w grupie, która walczyła o pierwszą dziesiątkę. Do rozerwania doszło dopiero na 8 i 9km, kiedy zaczęliśmy podkręcać tempo i tam rozstrzygnął się nasz wyścig. Ulice Wolsztyna były mi znane. Dzień wcześniej, późnym wieczorem, jeździłem trasą biegu i wyobrażałem sobie cały przebieg biegu. Jak skończył się ten bieg? Lepiej niż zakładałem! Byłem 7 open, 3 w kategorii mieszkańców Powiatu Wolsztyńskiego i nowa życiówka 34:46 🙂 Ale było coś jeszcze. Pamiętasz jak pisałem o moich trzech snach? – w jednym kończyłem bieg uliczny z podniesionymi rękoma,  niczym zwycięzca, jednak biegu nie wygrywając. Podniosłem ręce na mecie 🙂 Sam nie wiem jak to się stało, co mną kierowało, bo nie pamiętam, żebym to robił wcześniej. Widocznie historia ta miała się wydarzyć, zrealizować  🙂

bieg_2013_m3b_150

Później myślałem, czy jeden ze snów o biegu przełajowym, nie spełniał się w Lesznie podczas mistrzostw. Ale dałem sobie jeszcze czas, bo była nadzieja na coś więcej.

Może wydaje Ci się to dziwne i pewnie zauważyłeś, ale ja naprawdę nadawałem i nadal nadaję wydarzeniom znaczenie, dopisuję historię, doszukuję się głębszego sensu i zawsze pozytywnego 😉

„Okres przejściowy. Wakacje.”

Moje bieganie po starcie docelowym przestało być już „planowe”. Odpuściłem trochę i postanowiłem odpocząć, bo czułem, że mocno przepracowałem te pół roku i duża liczba startów (11) obciążyła trochę układ nerwowy. Ruszałem się jednak. Rower, orbitrek, siłownia i trochę biegania. Był to czas na zabawę,  a nawet dużo zabawy. Spotkania ze znajomymi i świętowanie wszystkich zaległych okoliczności. Chciałem znów poczuć głód biegania. Z początkiem sierpnia, po półtora miesięcznej przerwie resetowania się, postanowiłem wyznaczyć kolejne cele.

IMG_3370

Kolejne cele. Nowe przygotowania i nowa życiówka.

Telefon z komisji nie dzwonił, mistrzostwa dopiero w październiku, więc postanowiłem zaatakować rekord na 10km. Ułożyłem plan, gdzie start docelowy przypadał na początku października. Bardzo szybko dochodziłem do formy. Pierwszy start kontrolny pod koniec sierpnia – 10km w 35:27. Tydzień później w Zielonej Górze eksplodowałem! O 17:00 wystartowałem w biegu drużynowym o Puchar Lotto i zająłem 2 miejsce. 2,5km w 7:30! Zaledwie dwie godziny później Bieg Bachusa – 4 miejsce open, 3 w kat. wiekowej i…i nowa życiówka: 34:30! Jak to się stało? – szczerze nie wiem 🙂 Po wcześniejszym sprinterskim biegu na 2,5km nie czułem w ogóle tempa biegu na 10km.

201309072408

Wrzesień 2013 roku. Wojskowa Komisja Lekarska. Warszawa.

Kilka dni później zadzwonił telefon. „Panie Bartoszu, komisja rozpatruje Pana odwołanie i zdania są podzielne. Chcielibyśmy Pana zobaczyć i zbadać u niezależnych lekarzy. Może Pan przyjechać do nas za 3 dni?” Nie miałem wyjścia. Pojechałem do Warszawy. Nastawienie mieszane. Wszyscy mówią, że się tej komisji przejść nie da, a inni (mniejszość), że chyba ją przejdę, bo tyle już udowodniłem. Tu już chodziło o moje być albo nie być.

Komisja składała się z lekarzy wojskowych w stopniu majora i pułkownika. Na wstępie usłyszałem, że moje odwołanie zrobiło na nich wrażenie, nigdy z czymś takim się nie spotkali i chcieli mnie zobaczyć, poznać – no fajnie i miło nawet mi było. Ale powiedzieli, że musi mnie zbadać niezależny lekarz i później podejmą decyzję. Niezły stres. Wchodzę na „ostateczne badanie”, lekarz ogląda zdjęcia i wyniki. Mówi, że poważna sprawa, pyta jakie mam argumenty, które będę mówiły o mojej zdolności i zgadnij! – Byłem przygotowany 😉 – wyciągam skserowane dyplomy, zaświadczenia, a nawet w plecaku brzęczały mi medale. Lekarz ogląda, każe mi się położyć na kozetce i teraz miało przyjść najgorsze – badanie zakresu ruchu w stawie (na tym poległem podczas ostatniej komisji). Lekarz jednak nie podchodzi, a wydaje polecenia „proszę zrobić to, proszę zrobić tamto, ok dziękuję” wstaje, ubieram się, a on mówi „no jest Pan mocno zdeterminowany, skoro Pan się z czegoś takiego pozbierał. Medale i dyplomy – imponujące. Dla mnie jest Pan sprawny.” Uśmiechałem się i z wynikami biegłem do komisji wojskowej. Po 15 minutach byłem w gabinecie pułkownika, który powiedział, że wielką stratą byłoby, gdyby armia straciła takiego młodego żołnierza i przede wszystkim zawziętego sportowca. Kazał mi dalej robić swoje i życzył powodzenia w nadchodzących mistrzostwach. Brakowało mi słów. Byłem w szoku. Wygrałem! Obdzwoniłem wszystkich i przekazałem informacje. Później zadzwonił do mnie mój  „dowódca”, bezpośredni przełożony i tutaj moja radość się urywa nieco, bo On zapowiada „wzięcie się za mnie”, próbuje wystraszyć i ostrzega przed próbą angażowania się w sport, biegania, reprezentowania jednostki, wojska. Konflikt stron rósł. Wracałem do domu i moja radość była przytłumiona, uczucia były bardzo mieszane i zaczynałem się zastanawiać nad sensem tego wszystkiego, co zrobiłem. Modliłem się, aby decyzja od komisji spłynęła jak najszybciej do jednostki, bo zgrupowanie do mistrzostw trwało już od końca sierpnia i miałem dwa tygodnie na dostanie się do reprezentacji. Po tygodniu przyszedł faks potwierdzający moją zdolność, a następnego dnia otrzymałem rozkaz wyjazdu na dołączenie do zgrupowania. Czułem jakby wszystko wracało na normalne tory, no prawie wszystko – atmosfera była nieprzyjemna na linii ja i dowódca, a nawet dowódcy, bo było ich 3 nade mną i zaczynałem odczuwać jakby wszyscy byli przeciw mnie, ale nie czas na to…musiałem się koncentrować na treningu.

DSC00642

Październik 2013 roku. Rakoniewice Dycha Drzymały.

Tydzień wcześniej wystartowałem w biegu na 5km w Kleszczewie koło Poznania.  2 miejsce open nie cieszyło tak bardzo jak nowa życiówka 16:42 na trasie atestowanej i było to dla mnie sygnałem, że moje przygotowania idą w dobrą stronę i w Rakoniewicach może pęknąć nowa życiówka.

IMGP7887

Dycha Drzymały. Ogólnie czułem się bardzo dobrze, może trochę podświadomie postanowiłem nie dać z siebie wszystkiego, bo w głowie miałem mistrzostwa. Na chwilę przed startem zepsuł mi się zegarek i straciłem trochę kontrolę nad tempem. Pobiegłem 34:37. 7 sekund gorzej od biegu w Zielonej Górze.

Na drugi dzień wyjechałem na zgrupowania do Żagania, krótkie bo 3-4 dni i jak się okazało tylko na  test, który miał być selekcją „kto na mistrzostwa jedzie, a kto zostaje”. Trochę nie spodziewałem się tego, bo w sumie zawsze pierwsza trójka mistrzostw niższego szczebla jechała dalej, a ja przecież wywalczyłem w Lesznie wicemistrzostwo! Chłopcy się buntowali, trenowali na zgrupowaniu ponad dwa miesiące i może okazać się, że ktoś nie pojedzie. Jednak formę potwierdzić trzeba było. Wszystko rozstrzygnąć miał bieg na 3km, którego się obawiałem, bo byłem po mocnym biegu na 10km i w sumie mój trening przygotowywał mnie do dłuższych dystansów, a 3 km to raczej taki „sprint dla długodystansowca”.  Bieg był wolny. Nikt nie chciał prowadzić i ryzykować. Wiedziałem, że wszystko zacznie się na dwa koła przed końcem. Pobiegłem bardzo zachowawczo i ruszyłem na ostatnich 400m. Wygrałem ten bieg 🙂 i wiedziałem, że na 100% jadę do Bydgoszczy spełniać swoje marzenie 🙂

O mistrzostwach, o tym jak mi poszło i  jakie atrakcje czekały na mnie w pracy po powrocie – o tym wszystkim już w kolejnym wpisie 🙂


Podziel się