DSC_0451 (Copy)

Styczeń 2013 roku.

Koniec leczenia, koniec rehabilitacji. Wiesz już, że trenuje i  wróciłem do biegania, a co z resztą?

Studiaporzuciłem po roku dziekanki. Nie byłem już w stanie zaliczyć pewnych tematów, nie miałem ochoty na naukę, to nie było już to. Nie czułem przyjemności ze studiowania, którą odczuwałem wcześniej. No cóż, swoją przygodę zakończyłem na pierwszym roku, ale nie oznaczało to końca mojej edukacji. Miałem w planach szereg szkoleń i kursów – wszystkie oczywiście w kierunku sportu.

A co z pracą w wojsku? Ostatnia wizyta u mojego ortopedy była decydująca i powiedział mi wprost: „Bartek, znam te komisje, znam ich podejście do osób, które mają w sobie ciała obce (w moim wypadku blachy), które zostają do końca życia. Nie nastawiaj się.” No i nie nastawiałem się. Ale dla formalności wrócić musiałem, aby dowódca wysłał mnie na komisję, abym mógł odejść według procedur. Ale wieść o moim bieganiu była szybsza i dotarła do jednostki szybciej niż ja sam. Wuefiści dowiedzieli się o moim biegu sylwestrowym i czuli, że moje bieganie może jeszcze być przydatne. Pojawiłem się w jednostce, odbyliśmy rozmowę i postanowiliśmy powalczyć o moją dalszą pracę. Kilka dni później odbyłem również rozmowę z moim nowym przełożonym, którego zastałem po powrocie. Ogólnie zastałem wiele zmian  i nie czułem się z tym dobrze, trochę czasu minęło, a dokładnie półtora roku. To był inny świat, od którego odwykłem. Inne traktowanie człowieka – tam nazywane dyscypliną – nie leżało mi w pierwszych dniach pracy. Nie mogłem się pozbierać, ale przypomniałem sobie, jak to było kilka lat wstecz, kiedy wracałem po dwumiesięcznych nieobecnościach, bo miesięczny urlop przypadł zaraz po trzytygodniowym zgrupowaniu biegowym i też potrzebowałem czasu, zazwyczaj kilka dni i wracałem już na właściwy tor. Zostawiłem to, bo pomyślałem, że i teraz czas wszystko naprawi. A co z tą rozmową z przełożonym? – była bardzo trudna,  byłem wystraszony, stawiał mnie na baczność, czepiał się złej postawy, stresowałem się jak nigdy, a on z uśmiechem na twarzy zadał dwa pytania i nie dał nawet czasu na odpowiedź, tylko kontynuował sugerując, co chce usłyszeć ode mnie. Zapytał czy chcę pracować? I czy to prawda, że biegam i chcę dalej biegać jako żołnierz? Na oba pytania zdążyłem odpowiedzieć krótkim „tak”, a On sprowadził mnie do parteru, mówiąc, że nie wyobraża sobie, żebym teraz jako żołnierz biegał, trenował, bo on takiego żołnierza nie potrzebuje. Wdając się w dyskusję i mówiąc, że chcę reprezentować jednostkę na zawodach, chcę wesprzeć reprezentację, bo że czuję,  mogę pomóc i że gdy dostanę rozkaz, od dowódcy wyższego szczebla, to go wykonam i nie po to wracałem, żeby teraz rezygnować…wsadziłem kij w mrowisko. Nie spodobało mu się to i czułem, że robię sobie pod  górkę, że to nie będzie łatwy powrót.

Kilka dni później dostałem skierowanie na komisję lekarską. Wszyscy życzyli mi powodzenia, bo to moje być, albo nie być. W głowie miałem słowa lekarza, że komisja w moim wypadku będzie bezwzględna, ale łudziłem się, miałem nadzieję. Pod koniec stycznia stanąłem przed komisją, która orzekła o mojej „trwałej niezdolności do zawodowej służby” i dała mi 3 kategorię inwalidztwa. Przegrałem. Kiedy wróciłem do domu, poczułem się źle. Tyle pracy włożonej w rehabilitację, powrót do biegania, na dobrą sprawę mógłbym się odważyć i powiedzieć, że mimo wypadku, to i tak jestem sprawniejszy niż 80% tego wojska w jednostce. 6 lat pracy, zero doświadczenia w innym zawodzie, brak zawodu. Wizja przyszłości zachwiała się poważnie, a ja zaliczyłem niezłą glebę, lekkie załamanie z ciągłym pytaniem – co dalej!?

Przez kilka dni nie chodziłem do pracy. Byłem  przecież niezdolny, a dowódca zawiesił mnie w obowiązkach służbowych. Dostałem telefon od wuefistów – „Bartek, to jeszcze nie koniec. Kiedy oficjalne pismo z decyzją pojawi się w jednostce, będziesz miał dwa tygodnie na odwołanie się. Zbieraj argumenty, dokumenty, powalczymy jeszcze, pomożemy Ci.” Wiedziałem, że mój dowódca będzie się cieszył, że się mnie pozbędzie, że wyszło na jego. Nie chciałem dać mu tej satysfakcji, ja chciałem robić swoje i bronić tego, o co walczyłem tak długo. I mimo świadomości, że taka walka może być totalnie bez sensu, że może być dla mnie przegrana,  to i tak ją postanowiłem podjąć – dla spokoju, że zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić.

To był koniec stycznia. Wróciłem do pracy, ale chciałem jak najszybciej wracać do domu, miałem dwa urlopy do wykorzystania, a dowódca robił wszystko, abym ich nie wykorzystał wtedy, kiedy chciałem, bo przecież odpoczywałem tyle czasu. Męczyłem się tam strasznie, a stało przede mną nie lada wyzwanie, byłem o krok od spełnienia swojego marzenia z wcześniej wspomnianej listy.

Co to była za lista? Latem 2012 roku na kartce papieru zapisywałem swoje marzenia, plany. Zaczynało się od „jak wrócę do bieganie to:” Napisałem tam o swoich 3 snach – biegach, o tym, że poprawię swoje życiówki i o tym, jakie odwiedzę miejsca, gdzie zawsze chciałem się udać.

 Moja lista marzeń na blogu

Listopad 2012 roku.

Siedziałem przed komputerem i układałem sobie plan treningowy, zajrzałem na chwilę na jeden z największych portali biegowych w Polsce, bo chciałem poczytać o nowych środkach treningowych. Było po północy, a ja zamiast znaleźć interesujący mnie artykuł wpadłem na komunikat, który mówił, że Bieganie.pl organizuje pierwszy wysokogórski obóz biegowy dla biegaczy amatorów! Gdzie? Tam gdzie moim marzeniem było pojechać! Kenia, Iten – mekka biegowego świata. Przeczytałem wszystkie informacje, ale decyzja zapadła w chwili zauważenia komunikatu – wysłałem swoje zgłoszenie i czekałem na odpowiedź. Następnego dnia już wiedziałem, że lecę spełniać swoje marzenie. Ktoś mówił, że drogo, że szkoda pieniędzy. Niestety, nie działało to na mnie. Ja mam świadomość, że mało brakowało, a wielu marzeń bym nie spełnił, że mam drugą szansę, a to jest mój czas na spełnienie tego marzenia. Nie przypadkiem wpadłem na ten komunikat.

DSC_0546 (Copy)

Luty/marzec 2013 roku. Wylot na obóz do Kenii.

O mojej przygodzie w Kenii, mógłbym rozpisywać się bardzo długo.  Byłem tam dwa tygodnie, ale każdy dzień byłby warty opisania. Streszczę jak mogę ten okres nie pomijając najważniejszych rzeczy.

Moja podróż trwała ponad 24h! Nikogo nie znałem, no oprócz Adama Kleina, redaktora naczelnego bieganie.pl i Grzegorza Gajdusa – byłego rekordzisty  kraju w maratonie, a teraz trenera– znałem ich tylko z widzenia, czytania, historii, mediów – nie osobiście. W podróży poznawałem moich towarzyszy, szło nam to łatwo, bo w końcu łączył nas jeden temat – bieganie.

DSC_0572 (Copy)  Wejście do naszego hotelu. Na mnie zrobiło wrażenie 😉 

DSC_0701

Brama wjazdowa do Iten.

Przebywaliśmy w miejscowości Iten na wysokości 2400m.n.p.m. Miejsce z moich marzeń, jeszcze kilka lat wstecz czytałem jak najlepsi biegacze na świecie trenują właśnie w tym miejscu, a dziś jestem tutaj i co najważniejsze – biegam. Trenowałem w grupie, cały plan układał właśnie Grzegorz Gajdus, trenowaliśmy w większości 2 razy dziennie. Zaczynaliśmy od rozruchu porannego 7:00 (2-3km biegu + ćwiczenia sprawnościowe i rozciągające). Jedliśmy śniadanie, chwila odpoczynku i główny trening około 9:30 -10:30 (tak, aby zdążyć przed popołudniowymi upałami). Obiad i drugi trening około 16:00 – 17:00. Nie było łatwo! Przytykało za każdym razem, kiedy chciało się przyspieszyć, brak tlenu w powietrzu przypominał o sobie. Już przed wyjazdem byłem w trakcie realizacji planu, jaki ułożyłem sobie w styczniu. Celem było optymalne przygotowanie się do biegu na 10km, który chciałem pobiec w Wolsztynie – tam gdzie rok wcześniej – tyle sobie obiecałem.

P3050954

Trening 12x200m. Stadion Kamariny w Iten.

.facebook_883843941

Na tym obozie całkowicie  zapomniałem o tym, że miałem jakikolwiek wypadek, biegałem jak gdyby nigdy nic. Przypominałem sobie tylko wtedy, kiedy współuczestnikom mówiłem o mojej przerwie i powrocie. Nie myślałem o pracy, która przed wyjazdem wywołał wiele stresu. Wyciszyłem się i ładowałem akumulatory. Ten wyjazd traktowałem jako moją osobista nagrodę, którą dałem sobie za te wszystkie trudności z jakimi przyszło mi się zmagać przez ostatni rok, za ciężką pracę i za mój powrót do biegania. Jechałem silny, ale wiedziałem, że wrócę jeszcze silniejszy. Trenowałem bez ograniczeń, sumiennie i najlepiej jak tylko potrafiłem. Doświadczałem i uczyłem się. Zaczynając od jedzenia, na nowych środkach treningowych kończąc. Tam nauczyłem się pracować nad techniką biegu, dowiedziałem się co robię źle, poznałem  Core Stability, a dziś mogę się cieszyć, że dzielę się tą wiedzą i doświadczeniem z innymi podczas prowadzenia zajęć. Poznałem wiele ciekawych osób, przeżyłem fajną przygodę i spełniłem marzenie, które warte było wszystkiego.

Wszystkiego?

Nawet złamania prawa? – tak, nawet tego, ale nieświadomie 😉 Dowódca nie chciał mnie puścić na urlop, który należał mi się, więc musiałem kombinować. Ogólnie nie wiedziałem, że muszę powiadamiać dowódcę jednostki, że opuszczam granice kraju. Po moim powrocie była mała afera, chcieli mi robić jakieś postępowanie dyscyplinarne, ale odpuścili, bo i tak miałem być zwolniony ze względu na moją niezdolność. Na pytanie dowódcy jednostki dlaczego to zrobiłem, odpowiedziałem, że może to być trudne do zrozumienia, dla kogoś, kto nie przeszedł przez to co ja. Że to było moje marzenia, które wisiało na włosku i że zrobiłbym to jeszcze raz, gdym znów znalazł się w takiej sytuacji. Na dowódcy wrażenia to chyba nie zrobiło. Ale mnie uświadomiło, że nie jestem tym samym „starszym szeregowym Feifer” z przed wypadku. Ten potrafił się postawić, zwalczyć o swoje wartości.

Pierwszy start w 2013 roku.

16 marca, Maniacka Dziesiątka, Poznań 10km.

IMG_5540

Ostatnie metry Maniackiej Dziesiątki.

 Zimno, śnieg na ostatnich dwóch kilometrach i moje wymęczone 35:40!Mój plan biegania poniżej 35 minut stawał się realny. Do czerwca jeszcze miałem sporo czasu.

Kolejny start tydzień po Maniackiej Dziesiątce.  Zupełnie z zaskoczenia otrzymałem telefon od jednego z wuefistów: „Bartek, wypadł nam ktoś z reprezentacji, a w sobotę mamy drużynowe Mistrzostwa Wojska Polskiego w Półmaratonie – pobiegniesz?” To było wyzwanie, bo jeszcze na tyle wybiegany się nie czułem, a telefon dostałem 3 dni przed startem. Ale argumenty były poważne, bo zawsze mógłbym się podeprzeć tym udziałem w moim odwołaniu, że pobiegłem, że pomogłem, a dobre wyniki były dodatkowym atutem. Miałem tylko pobiec w granicy 01:25. Zadanie osiągalne, ale utrudnieniem było to, że to był bieg w Sobótce, a kto biegał, ten wie, że to niełatwy teren. Pojechałem i pomogłem jak tylko mogłem. 01:21:40 przy -6 stopniach było dla mnie dobrym rezultatem. No i wygraliśmy te Mistrzostwa 🙂

sob1

Na podbiegu. Półmaraton w Sobótce. 

Kilka tygodni później 6 kwietnia pobiegłem 15km w 53:51 i tak poprawiłem swój pierwszy wynik po wypadku. Zdałem sobie sprawę, że jednak jest to możliwe, że mogę biegać szybciej, że wypadek nie był ograniczeniem, a powtarzane sobie „wrócę lepszy” nabierało sensu.

DSC_0003 (Copy)

Przed startem. Bukówiec Górny, 15km. 

Dostałem w końcu oficjalne dokumenty, że jestem niezdolny do dalszej służby, teraz musiałem się odwołać. Napisać odwołanie pomógł mi lekarz z jednostki, zebrałem dokumentacje od lekarzy, która mówi o mojej sprawności i dobrym zdrowiu. No i dyplomy, medale biegowe, bo może akurat zainteresuję komisję. Odwołanie wysłałem i czekałem na odpowiedź, którą miałem zamiar szybko otrzymać, zbliżały się Mistrzostwa Wojsk Lądowych w Biegach Przełajowych, a udział w nich był moją szansą na realizację dalszych marzeń biegowych.

Początek maja 2013 roku.

Wystartowałem jeszcze w dwóch biegach:  5km pobiegłem z średnią 3:22/km, a 10km w Swarzędzu skończyłem z czasem 35:10. Forma rosła, jednak najważniejsze imprezy przede mną. Czekałem na telefon, który w końcu zadzwonił. Ale o tym będzie już w części 22.


Podziel się