MentalRunner

#FeiferTrenuje

Część 20. Ja chodzę! …a nawet biegam!

DSC_0058

Na początek jeszcze trochę opowiem o mojej przygodzie z rowerem.

 Doktor kazał kręcić sporo na rowerze i tak robiłem. Jednak czułem, że zaczynam się wkręcać coraz bardziej. Zaczynałem odczuwać większą przyjemność z jazdy, która po części rekompensowała mi brak biegania. Przyznam się nawet do jednej myśli! Pojawiała się od czas do czasu i mówiła: „hmm..gdybym jednak nie wrócił do biegania, to może spróbowałbym ścigania się na rowerze? Może MTB?” Czułem, że mógłbym się ścigać i dawałoby mi to satysfakcję. Oczywiście pragnienie powrotu do biegania odczuwałem cały czas, może słabiej niż na początku, ale odczuwałem. Szukałem cały czas motywacji i tak w ręce wpadła mi książka „Mój powrót do życia”, a jej bohaterem był Lance  Armstrong – kolarz, siedmiokrotny zwycięzca Tour de France. Tak, wiem – przyznał się do dopingu i jest aktualnie uważany za oszusta. Ja cztery lata temu nie wiedziałem o tym, nikt nie wiedział, bo przyznał się  chyba rok temu. Wtedy obudził  we mnie nadzieję, że można się pozbierać po chorobie, że można wrócić silniejszym. Lance chorował na raka i tę walkę wygrał. Zainspirował mnie do jeszcze cięższej pracy. Wcześniej wspominałem, że nie cierpiałem jeździć na rowerze, bo mojej mięśnie po przejechaniu kilku kilometrów mówiły „daj nam spokój, zlituj się, rzuć te dwa kółka i lepiej pobiegnij”. Działo się tak, kiedy chciałem dla urozmaicenia treningu biegowego, pojeździć rowerem i zawsze kończyło się to fiaskiem. Tak narodziło się we mnie przekonanie, że gdzie mam pojechać rowerem, tam wolę pobiec. Ale to była już przeszłość. Teraz nie miałem wyboru. Rower był moim sposobem na przemieszczanie się, moją rehabilitacją, treningiem i musiałem go po wielu latach przeprosić.

DSC_0036

Maj 2012. Szczytna – Zamek.

Polanica Zdrój. Rehabilitacja.

Z początkiem maja wyjechałem na dwutygodniowy  turnus rehabilitacyjny. Pojechałem sam, o kulach, autem ponad 250km. Czułem się już naprawdę pewnie za kierownicą, siła w nodze była wystarczająca, aby pozwolić sobie na to. Sama podróż mnie uskrzydliła. Jechałem w kierunku Kotliny Kłodzkiej, to tam spędzałem dużo czasu na zgrupowaniach, tam biegałem. Czułem, że klimat gór będzie sprzyjał pracy, jaką tam chciałem wykonać. Plany miałem bardzo ambitne. W samochodzie wiozłem rozkręcony rower, na którym miałem plan jeździć każdego dnia. Kilka razy miałem zamiar odwiedzić siłownię, która znajdowała się w ośrodku. Kiedy przyjechałem, dowiedziałem się o zabiegach, jakie będą na mnie stosowane i dodatkowych ćwiczeniach rehabilitacyjnych, wzmacniających. Dawałem z siebie ile tylko mogę, a czasami miałem wrażenie, że chyba nawet trochę więcej. Po pierwszych dwóch dniach usłyszałem od lekarza i fizjoterapeutki, że widać u mnie już dużo siły, sprawności  i mogę spróbować chodzić o jednej kuli i długo nie potrwa jak i ją rzucę. Byłem lekko    w szoku, bo nie spodziewałem się takiej zmiany. Takich decyzji. Jeszcze miesiąc wcześniej według badań nie miałem pełnego zrostu i tylko w 10% mogłem obciążać nogę. I chyba przywiązałem się do tych kul, czułem się w nich bezpiecznie. Dziwne prawda? Ale posłuchałem argumentów lekarza i postanowiłem spróbować. Poruszałem się chyba gorzej niż o dwóch. Ale po kilku dniach było już lepiej. Rano planowa rehabilitacja – zabiegi + ćwiczenia, a po obiedzie moja jazda na rowerze. Znikałem nawet na 2h i zwiedzałem znaną mi okolicę. Dusznik Zdrój, Zieleniec, Szczytna. A Jeśli robiłem mniejszą trasę, to później odwiedzałem siłownię 2-3 razy w tygodniu. Nie miałem zbyt wiele do robienia – spałem, jadłem, rehabilitowałem się, trenowałem, czytałem i tak w kółko. No może zapomniałem jeszcze o opowiadaniu mojej historii, bo chyba byłem najmłodszym na turnusie i każdy chciał wiedzieć, co się stało. Ale dzięki wielokrotnemu powtarzaniu tego wszystkiego, lepiej sobie radziłem z tym później, a nawet po czasie usłyszałem, że opowiadam tę historię jak nie swoją, jak jakąś opowieść, bajkę, która mnie nie rusza.

kule

Mija 10dni mojego pobytu w Polanicy i słyszę od mojej rehabilitantki, że czas pozbyć się tego dziadostwa i zacząć chodzić. Miała na myśli kule, a mówiąc „chodzić” miała chyba na myśli uczyć się chodzić. Była młoda i ambitna, współczuła mi i powtarzała, że z kulami wyglądam nieszczęśliwie. Podczas zajęć zabrała mi kule, kiedy stałem na środku sali i kazała ostrożnie stawiać kroki. Myślałem, że to jakieś szaleństwo, bałem się, ale kiedy zrobiłem pierwszy krok, a za nim kolejny, pojawił się uśmiech i uczucie szczęścia, które opisać jest ciężko. Utykałem na prawą nogę, lekarz mnie ostrzegał, że mogę utykać, ale jeśli będę nad tym pracował, to wyeliminuję to. Chodziłem jak robot, byłem sztywny i faktycznie uczyłem się chodzić. Ostatnie dni rehabilitacji pracowałem nad tym. 14 dni rehabilitacji minęło bardzo szybko. Wracając do domu byłem bardzo podbudowany i wiedziałem, że zaskoczę wiele osób, wychodząc z auta o własnych siłach. Tak było, zadzwoniłem wcześniej, że wracam, a kiedy wjechałem na podwórze, rodzina w komplecie czekała na mnie. Kule zostały w bagażniku, a ja na własnych nogach wysiadłem z auta i przywitałem się z nimi. Jeszcze tego samego dnia zdecydowałem, że mój najdłuższy spacer zrobię sobie po tygodniu od powrotu, kiedy będzie rozgrywana I Wolsztyńska Dziesiątka, bieg w którym bardzo chciałem wziąć udział, ale w tym roku, tylko jako kibic. To właśnie tam postawiłem sobie bardzo ambitne plany na rok 2013. Pobiec w granicach rekordu życiowego i zająć miejsce w pierwszej dziesiątce. Chodź jeszcze nie wiedziałem, czy będę mógł się ścigać, to i tak czułem, że jest to realne. Wierzyłem w to.

Czerwiec 2012. Kontrola w Reha Sport Clinic.

Lekarz potwierdził, że mogę już chodzić bez kul i zasugerował ćwiczenia na orbitreku. Uparcie nalegałem, że wolałbym bieżnię mechaniczną do biegania, ale On równie zacięcie wskazywał na pozytywy treningu na orbitreku. Co miałem zrobić? Jeszcze tego samego dnia zamówiłem ten sprzęt na allegro, a dwa dni później wspólnie z tatą zmontowaliśmy go w moim pokoju, który zaczynał przypominać mini siłownię. Długo nie trwało, abym docenił walory i możliwości treningu na orbitreku. Rower robił robotę, ale na orbitreku zaczynałem symulować ruchy zupełnie jak podczas biegu, ale z kilkoma różnicami – nie obciążałem stawów i stałem w miejscu.

Moje „menu treningowe” stawało się coraz bogatsze. Do basenu, ćwiczeń z piłką, siłowni, roweru, dorzuciłem wcześniej wspomniany orbitrek i…i nordic walking! Tak, 11 czerwca odnotowałem swój pierwszy przemarsz 6km, który zajął mi 57 minut i od tego czasu wychodziłem regularnie 3 x w tygodniu z kijami. I jak się okazało „kije” musiałem również przeprosić, bo okazały się dobrym środkiem treningowym.

DSC_0169lk

Czerwiec 2012. Kasprowy Wierch.

28 czerwca 2012. Pojechałem do Zakopanego.

Czułem się bardzo dobrze i na tyle pewnie, że zdecydowałem się na wyjazd. Pojechałem z moją dziewczyną Kamilą i nie mieliśmy w planie zdobywania szczytów, tylko chcieliśmy zmienić lokalizację, pooddychać innym powietrzem. Pierwszy wspólny wyjazd po wypadku. Jednak plecak i jego zawartość mówiła co innego. Na rozgrzewkę spacer na Gubałówkę + basen. Następnego dnia spacer nad Morskie Oko (22km), a następnego dnia wdrapałem się na Kasprowy Wierch 🙂 Fizycznie i mentalnie rosłem w siłę. Czułem, że wracam do dawnej formy.

DSC_0163

Czerwiec 2012. Morskie Oko.

A teraz dłuższy skok. Lipiec i sierpień były bardzo podobne do siebie – trenowałem bez przerwy. Coraz pewniej stawiałem kroki, czułem coraz większą siłę w nodze prawej, ale nie pozwoliłem sobie nawet na drobne podbieganie. Chciałem usłyszeć to od lekarza. Chciałem dostać zielone światło, aby zacząć.

file3951337414647

Zielone światło, na które długo czekałem.

W połowie września odwiedziłem mojego lekarza, który zbadał mój zakres ruchu, obejrzał wyniki i  powiedział: „Bartek zrobiłeś kawał dobrej roboty, przeszedłeś przez tą długą i ciężką drogę, o której mówiłem Ci na początku – możesz wracać do biegania!” Co ja wtedy czułem?! Euforia! Chciałem wstać i pobiec, ale powstrzymałem się i po krótkim ochłonięciu dopytałem, czy mogę wrócić do dawnego biegania? do poziomu na jakim zakończyłem -do ścigania się? czy pozostaje mi rekreacja? Doktor powiedział, że nie zabroni mi niczego, bo wie jak zareaguje, wie jak mnie to zaboli.  Przypomniał mi o endoprotezie, że prędzej czy później i tak mnie czeka, ale mając do wyboru czekanie na nią w fotelu przed telewizorem lub biegając i robiąc to co kocham, lepsza na pewno będzie ta druga opcja.  Pozwolił wrócić i powiedział, że teraz mogę nawet biegać szybciej, bo już nie jestem tym samym biegaczem z przed wypadku! Jestem silniejszy, wytrwalszy i bardziej odporny na ból. Uwierzyłem w to. W wyobraźni miałem już tego wizję, wizję mojego powrotu. A słowa powtarzane rok wcześniej swojej mamie zaczynały mieć swoje pokrycie – „wrócę i będę lepszy niż byłem wcześniej!”

Dzień po wizycie założyłem strój do biegania i wyruszyłem na moją trasę biegową za domem. To tam stawiałem pierwsze kroki i teraz czułem się jakbym znów to robił. W planie miałem marszobieg. Proporcje 3 minuty marszu na 1 minutę biegu i wiesz co? – nie było łatwo wytrzymać! Zrobiłem łącznie 3km i wróciłem do domu nieźle zmęczony. Emocje potęgowały wszystko.  Kończyłem jedną drogę i zaczynałem następną. Odzyskałem sprawność i możliwość biegania, a teraz musiałem odzyskać dawną formę. I widzisz, celowo użyłem słowa „odzyskać”, bo mimo uczucia, że zaczynam od zera, miałem w głowie pewne hasło, które przemyciłem do niej z którejś z książek: „Zawsze łatwiej jest wracać, niż zaczynać coś pierwszy raz, od początku”. I tak narodziło się we mnie przekonanie, że ja wracam i muszę mojej głowie i mięśniom, dać trochę czasu na przypomnienie sobie biegania.

to ten tegoListopad 2012. Praca nad techniką. 

Zawsze wyznaczałem sobie cele i robiłem plany jak do nich dochodzić i przyznam się, że była i jest to umiejętność, której nie doceniałem, a której zawdzięczam wiele. Tym razem nie było inaczej. Wróciłem do książek o treningu biegowym, analizowałem mój aktualny poziom i ułożyłem plan, który miał mi pozwolić pobiec w biegu Sylwestrowym w Lesznie. Chciałem dobrze zakończyć ten 2012 rok i mocnym akcentem rozpocząć 2013. Treningi z tygodnia na tydzień szły coraz lepiej. Biegałem od 3-5 razy w tygodniu, nadal wzmacniałem się na orbitreku. Rower zszedł na dalszy plan, bo swoją pracę już wykonał. Co zauważyłem na początku? Braki techniczne, zapomniałem, że potrafię biegać na śródstopiu i pracowałem nad tym dodając  do swoich biegów na koniec kilka przebieżek i ćwiczeń. Praca rąk też była zaburzona, ale kontrola i kilka treningów z hantelkami przed lustrem przywracały ład i porządek. W grudniu przebiegłem swój pierwszy długi bieg – 17km. Wprowadziłem podbiegi raz w tygodniu i zwiększyłem ilość przebieżek. Sporo czasu poświęcałem na rozciąganie, bo i tutaj były zaległości. Na tydzień przed planowanym startem w biegu sylwestrowym zaplanowałem test – 5km w tempie 4:00/km – wyszło po 3:49/km i kiedy skończyłem myślałem, że rozłożę się na ulicy, widziałem, że jeszcze długa droga przede mną, aby odzyskać dawną szybkości i wytrzymałość, ale po  chwili zdałem sobie sprawę, że rok temu takie bieganie było tylko w strefie marzeń. Ze spokojną głową pojechałem na bieg do Leszna.

Leszno, 31 grudnia 2012. Bieg Sylwestrowy. 

Dlaczego akurat tam? – bo każdego roku tutaj startowałem i uznałem, że jest to dobra okazja na powrót. Ostatni dzień roku, a większość spotkanych znajomych widziała mnie po raz pierwszy od czasu wypadku, a kiedy widzieli mnie, to chyba nawet nie przypuszczali, że przyjechałem biegać. Dopiero kiedy zauważyli torbę ze sprzętem na moim ramieniu, padało pytanie: „Ty biegasz?”

sylwestrowy 1

Bieg był krótki i szybki, zupełnie nie po mojej myśli. Dystans 3,6km pokonałem w 12:50, prędkością około 3:32/km. Zająłem 7 miejsce, ale nie o to już chodziło. Wystartowałem, poczułem dawną adrenalinę, rywalizację i walkę…z samym sobą. To było to. Dobrze kończyłem rok 2012 i czułem, że 2013 będzie dużo ciekawszy 😉 Wróciłem!

Jak było w 2013 roku? – Co z moją pracą w wojsku? Co formą biegową? Chcesz poznać moją listę marzeń? Już w następnym wpisie będzie  właśnie o tym. Zapraszam.


Podziel się

2 Comments

  1. popłakałam się… Dziękuję,że dzielisz się swoja historia „postaram się żyć jak inni nie potrafią” 🙂 :*

    • mentalru_runner

      18 listopada 2015 at 11:47

      Dziękuję, że poświęciłaś czas, aby się z nią zapoznać i nie był to czas stracony. Żyj! 🙂

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 MentalRunner

Theme by Anders NorenUp ↑