„Głównym powodem, dla którego warto wyznaczyć sobie cel, jest to, co taka decyzja z tobą robi, abyś go osiągnął. To, jak ta decyzja cię kształtuje, będzie zawsze o wiele większą wartością niż to, co dostaniesz.”

 – Jim Rohn

Jak już wspomniałem, 21 kwietnia (środa – według moich zapisek) 2004 roku, około godziny 15:00 stawiłem się na moim pierwszym treningu. Wcześniej, po turnieju piłkarskim odwieziono mnie do domu, gdzie zmieniłem strój i pojechałem rowerem 3km do szkoły, gdzie czekał na mnie „trener” 🙂 Na początek zabrał mnie na „prawdziwą”  rozgrzewkę – spokojny trucht, przez kilka minut, później ćwiczenia dogrzewające na odcinku: krążenia ramion, skipy, przeplatanka itp. Cały czas zadawał pytania, jak trenowałem do tej pory, jakie miałem wyniki przed. Tłumaczył, jak powinien wyglądać trening, jak on trenował i w końcu zadał dziwne pytanie: „Bartek, a notujesz  to, co robisz? Prowadzisz dziennik treningowy?” Odpowiedziałem, że tylko zapisałem wyniki z biegów: miejsce zajęte i czas. Odrzekł, że też dobrze, ale chodzi o bardziej szczegółowe notatki, które obejmują treningi, a nie tylko zawody. Pamiętam, że zapytał, co zrobię jak dostanę się do Powodowa, do upragnionego klubu lekkoatletycznego i na pierwszym spotkaniu trener zapyta mnie o dziennik treningowy, aby zobaczyć jak trenowałem?! To była odpowiednia motywacja, aby jeszcze tego samego dnia założyć dziennik. Najpierw na luźnych kartkach, a następnie w zeszytach i kalendarzach książkowych. Prawda jest taka, że dziennik prowadzę od tego 2004 roku do dziś i jeszcze żaden trener mnie nie zapytał o dziennik 🙂 Ale to ile zawdzięczam tym dziennikom jest nie do opisania i jest to materiał na osobny post, który pojawi się na pewno.  Ok, wróćmy do treningu! Na dogrzewkę jeszcze dwa luźne rytmy 100 metrowe i część główna 3 x 400m, między odcinkami 3min przerwy. Pierwszy raz w życiu dostałem takie zadanie, nie było mi to dotąd znane, ale czułem się jakbym otwierał nowy rozdział mojego biegania i chyba tak też było. Pierwszy solidny trening, do tego na pożyczonym zegarku, od trenera Daniela, firmy CASIO – wtedy moje podniecenie było porównywalne do pierwszego zakupu zegarka Garmin 305. Pierwszy odcinek pobiegliśmy razem, tak abym nie przesadził z tempem.  Trening wykonałem, na koniec lekki trucht i rozciąganie. Na następnych treningach już dostawałem kartki z rozpiską  i tak do 1 maja.

Jak sami widzicie i tak jak pisałem, to była krótka współpraca, bo niecałe 2 tygodnie z trenerem Danielem. Ale dla mnie to były wielka nauka i krok do przodu. Poznałem schemat treningu (rozgrzewka, cześć główna i schłodzenie). Wyrobiłem sobie nawyk zapisywania wszystkich treningów biegowych. Choć nie miałem wtedy pojęcia, co dany trening oznaczał,  wykonywałem każdy w 100%. Przed startem w mitingu spotkałem się z trenerem i oprócz cennej wskazówki, jak najlepiej rozprawić się z dystansem 1000m, dostałem buty – kolce, w których trener biegał na Mistrzostwach Europy i robił życiówki. Chcecie wiedzieć jaką taktykę kazał mi zastosować ? ok zdradzę Wam : „Bartek, pierwsze 500m lecisz na maxa! A ostatnie 500m jeszcze szybciej! Pamiętaj!” 🙂 Ot cała filozofia 🙂

1 maja, pojawiłem się na stadionie lekkoatletycznym przy szkole w Powodowie. Oprócz tego, że debiutowałem na 1000m, to jeszcze pierwszy raz miałem przyjemność biegać po nawierzchni tartanowej! – Pomyśleć, że teraz, to już żadna nowość i niemal w każdym mieście jest orlik z bieżnią lub stadion.

Ponoć byłem jednym z najmłodszych uczestników tego biegu, bo jak się później okazało, miting  był organizowany dla szkół ponadgimnazjalnych,  słyszałem, że udział w nim brali nawet studenci – całe szczęście dowiedziałem się o tym po biegu 😉 Wystartowałem i dałem z siebie wszystko. DSC_9664

Autentyczna rozpiska od trenera Daniela, a na niej w prawym dolnym rogu zapisany mój wynik z mitingu 🙂

Czas na mecie 2’48”! –  bez wątpienia – życiówka! (Kilka tygodni wcześniej, na sprawdzianie w szkole najszybciej  3’15”-3’20”). Wróciłem do domu dumny, szczęśliwy i niecierpliwy, kiedy pójdę do szkoły, aby powiedzieć mojemu trenerowi o tym, jak poszło. Kiedy już się spotkaliśmy, zapytał mnie tylko: „ile? Ile pobiegłeś?” – mówię: 2’48” – odpowiedział coś w stylu: „to dobrze, bo pomyliłem się o kilka sekund w drugą stronę”;)

Od tamtych dni wiele się zmieniło w moim bieganiu. Przygoda z trenerem Danielem się skończyła. Trener ze szkoły w Powodowie, po moim występie na mitingu, upomniał  się o mnie i moich kolegów. Wiedziałem, że drzwi mam otwarte i jestem o krok od spełnienia marzenia. Jednak warunki zewnętrze stawiały opór, powstała bariera, z którą w młodym wieku ciężko walczyć, a bariera ta nosiła nazwę: RODZICE.

„Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki.”

– Paul Michael Zulehner

Jak pisałem już w pierwszej części, chorowanie narobiło mi zaległości. Jak to bywa z zaległościami, jedne odrabia się łatwiej, drugie gorzej. Lekcje wf’u odrobiłem wzorowo, gorzej z całą resztą. Nie będę się rozpisywał i napisze wprost: moi rodzice wątpili w moją przyszłą edukację w szkole średniej. Zgodnie uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie szkoła zawodowa i uwaga! – nawet wybrali za mnie zawód! – miałem być kelnerem 🙂 Oczywiście nie mam nic do zawodu kelnera, ale wtedy nie było to moim marzeniem. Mama powtarzała, że nie dam rady, że w gimnazjum miałem problemy, to szkoły średniej nie skończę, a o maturze nie wspominając. Mało brakowało, żebym się poddał, porzucił pierwsze poważne marzenie jakie pamiętam i o jakie naprawdę zacięcie walczyłem.

„Nigdy nie daj sobie wmówić, że jesteś gorszy.”

– Forrest Gump

Nie raz rozmawiałem z rodzicami o tym, co się wydarzyło i dziś się z tego śmiejemy. Jednak wtedy, to sprawa była poważna, a mój buntowniczy wiek gimnazjalny sprawiał, że iskrzyło mocno. Rodzice odpuścili. Ja musiałem udowodnić, że nie jestem „taki głupi” jak myślą. Złożyłem dokumenty do liceum i dostałem się. Przede mną trzyletnie wyzwanie -pogodzenie treningów z nauką.

Jak poradziłem sobie w liceum. Jakie dystanse czekały na mnie w klubie i jak sobie z nimi radziłem. O tym napiszę już  w następnej części.


PODZIEL SIĘ