MentalRunner

#FeiferTrenuje

Część 19. Naturalne leki, pijawki, ziółka itp. Czyli homeopata moim lekarzem.

71

Marzec 2012 r. Homeopata.

Miejscowość gdzie mieszkał, była oddalona o zaledwie 20 km od mojego domu i nie miałem pojęcia, że ktoś taki  mieszka tak blisko mnie. Wiozła mnie moja siostra Magda. Dom mieścił się nieco na uboczu, wykonany niemal w całości z drewna, miałem wrażenie, że był zrobiony  własnoręcznie przez samego właściciela. Dokuśtykałem się do drzwi, pukam i z dziwnym poczuciem ciekawości, czekam,  kto mi otworzy i jak będzie wyglądał ten człowiek. Słyszę kroki, otwiera:  postawny Pan około 50 lat, długie włosy w kitce i broda. Dosłownie tak jak sobie go wyobrażałem. Zaprosił mnie do środka. Przechodząc przez prowizoryczną poczekalnię, weszliśmy do jego gabinetu, gdzie przyjmuje pacjentów. Gabinet był „inny”, a już na pewno nie można go porównywać z przychodniami lub gabinetami lekarskimi. Po chwili pobytu w owym gabinecie, moje wcześniejsze wrażenie, iż dom był zbudowany przez właściciela, było jeszcze bardziej realne. Po krótkiej rozmowie dotyczącej mojej wizyty i przekazaniu wszystkich badań, zdjęć RTG, miałem dłuższą chwilę na rozejrzenie się. Panował tam tajemniczy klimat, w powietrzu unosiły się nieznane do tej pory zapachy, biurko z mnóstwem pootwieranych  książek, kilka zeszytów, na ścianach półki z następnymi książkami – było ich naprawdę sporo. W dalszym kącie gabinetu oczywiście łóżko zabiegowe, ale to nie było zwykłe łóżko,  było wykonane w całości  z drewna! Obok znajdowała się lodówka, szafka z opatrunkami i przyborami do dezynfekcji. Przez cały czas zastanawiałem się jak mam się zwracać do tego Pana. Panie homeopato? Doktorze? Czy może znachorze?

Facet, który siedział naprzeciwko mnie, ściągnął okulary i przerwał milczenie. Stwierdził krótko: „nieźle Cię poskręcali, szkoda, że w tak młody wieku musiało Cię to spotkać, ale ja wiem dlaczego tam Ci się nic nie zrasta, bo tam nie ma odpowiedniego krążenie krwi i trzeba użyć innych leków.” Wziął się za wypisywanie „recepty” . Na zwykłej kartce papieru notował i przerywał na kilka minut, zaglądając do swych książek, wymawiając jakieś słowa (chyba po łacinie) i tak zapisał trzy karki papieru. Objaśnił mi wszystko – co i czemu ma służyć, w jakich dawkach i jak często. Było to oczywiście leki homeopatyczne i zioła, z których miałem sporządzać coś na wzór herbaty-  czyli sama natura. Ale to nie koniec!  Gdy skończył wszystko objaśniać zapytał mnie: „boisz się pijawek? -pijawek? nie no, skąd!” – a on na to: „a miałeś kiedyś pijawkę na ciele? – hm, w sumie to nie” 😉 Okazało się, że pijawki są „najlepsze na wszystko”  i mogą mi bardzo pomóc, gdyż przystawiane w obszarze biodra i miednicy, pobudzą krążenie, wyssają tą „złą krew” a w jej miejsce zjawi się nowa, lepsza,uzdrawiająca J Poinformował, że mnóstwo ludzi tym leczy, że są to specjalne pijawki hodowane dla celów zdrowotnych i sprowadza je specjalnie z zagranicy. Kazał mi się zastanowić i dać odpowiedź następnego dnia czy się podejmuje leczenia.

zprzedaz_pijawek_0

Wychodząc czułem, że mogę się zgodzić, bo skoro odważyłem się zrobić ten krok decydując się na wizytę, to i takiego niekonwencjonalnego leczenia też mogę się spróbować.

Wróciłem do domu, opowiedziałem wszystko rodzicom i przy okazji rodzinie. Na moje opowiadanie o niesamowitej wizycie i opcji leczenia pijawkami, dostałem bardzo szybką odpowiedź zwrotną z argumentem, aby dłużej się nie zastanawiać, okazało się, że znajomi rodziny, mieszkający w tej samej miejscowości, gdzie przyjmuje ów homeopata, leczyli się u niego z bardzo dobrymi rezultatami. Dowiedziałem się przy okazji, że obalał stawiane przez „prawdziwych lekarzy” diagnozy i przy okazji ratował ludzi od zbędnych operacji, a nawet jednego chłopaka od amputacji nogi! Więcej wiedzieć nie musiałem – zadzwoniłem wieczorem i następnego dnia jechałem na pierwszy zabieg.

Dostałem nawet wytyczne jak się przygotować. „Wyślij do sklepu jakąś kobietę najlepiej i nich Ci kupi: paczkę wacików i podpaski jakieś zwykłe.” Do tego musiałem zabrać worek foliowy i w aptece miałem kupić plaster w rolce oraz wodę utlenioną.  Z taką paczką znalazłem się na stole w lecznicy i przystąpiliśmy do zabiegu. Pięć pijawek przystawianych na biodro, czas zabiegu około 30 – 40 min i tak raz na tydzień przez pięć następnych tygodni.  Bólu nie było. Dziwne uczucie podczas ukąszenia, a później już nic oprócz świadomości, że coś pełzającego i oślizgłego mam na biodrze. Nie wiedziałem po co te całe zakupy, skoro pijawki są małe, a ich ukąszenie wydawało się  dużo mniejsze niż ukłucie igłą. Ale, gdy nadszedł czas  ściągania tych krwiopijców, to wszystko zrozumiałem. Okazało się, że pijawki wprowadzają substancję, która przeciwdziała krzepnięciu krwi. Z pięciu minimalnych ran krew sączyła się w zawrotnym tempie.

Opatrunek trzeba było wykonywać szybko. Najpierw duża warstwa wacików na ranę, a następnie na całej powierzchni podpaski, które wpijały krew. To wszystko musiało być szczelnie pokryte folią i zaklejone, aby krew się nie przedarła. Mój Homeopata powiedział, że taki opatrunek będę musiał na pewno zmienić, bo ten długo nie przetrwa. Miał rację, bo zawsze zdążyłem wrócić do domu, zjeść szybko kolację i opatrunek przeciekał. Zazwyczaj potrzebne były 3 zmiany, gdzie najgorsza była ta ostatnia, ponieważ przypadała w nocy, około 1-2 i musiałem budzić mamę, bo wykonanie takiego opatrunku w pojedynkę było niemożliwe.

Pijawki – pijawkami, ale były jeszcze zioła! Codziennie musiałem wypijać 3 szklanki mieszanki z 10 różnych składników ziół – zapach i smak ohydny.  A i tutaj mam ciekawą historię, która potwierdziła niesamowitą skuteczność mojego homeopaty. Trzy dni po mojej pierwszej wizycie, musiałem udać się w poszukiwania wszystkich ziół, których nie było łatwo dostać. Wracając z apteki odwiedziłem przy okazji znaną mi wcześniej wulkanizacje. Gdzie pracuje w rodzinnym interesie chłopak w wieku około 30 lat. Chodziło o sprawdzenie ciśnienia w kołach, bo wydawało mi się, że jest coś nie tak. Kiedy podczas naszej rozmowy powiedziałem, że jeżdżę i szukam ziół, bo będę próbował nowych środków leczenia, ten chłopak zaczął mi opowiadać swoją historię, która brzmiała tak: „to było kilka lat temu, miałem jakąś chorobę, która objawiała się łamliwością kości, strasznie bolały mnie kola i nie mogłem chodzić, leżałem cały czas w łóżku. Lekarze byli bezradni, ale znaleźliśmy tego „znachora”, a że nie mogłem chodzić, to On przyjechał do nas do domu. Od razu wiedział, o co chodzi, na kości polecił kupić specjalny wyciąg do picia (nie będę lepiej mówił z czego ;)), kazał zrobić maść i  zawijać kolana flanelową tkaniną. Powiedział, że za dwa miesiące wszystko przejdzie i tak się stało. Mało tego będąc u mnie w pokoju, zapytał czy dobrze mi się śpi – prawda była taka, że nie spałem dobrze, nie wysypiałem się i często się budziłem, okazało się, że łóżko jak i cały pokój znajdują się pod żyłą wodną (skąd on to wiedział, to nie mam pojęcia), ale zaradził szybko – pod spód łóżka musisz położyć owczą skórę i po kłopocie ze spaniem. Tak  też zrobiłem i efekt był od razu po pierwszej nocy – spałem jak zabity!” Słuchając tej historii byłem w szoku, a kiedy zapytałem go gdzie mieszka ten jego znachor i jak ma na imię, byłem w jeszcze większym szoku, bo okazało się, że mówi o moim homeopacie. W międzyczasie opowiedział mi jeszcze dwie krótsze historie, które opowiadały jak „znachor” pomógł innym ludziom wygrać z ciężkimi chorobami, ale ja już więcej dowodów nie potrzebowałem.

Ale to nie był koniec opowieści o niesamowitym homeopacie! Zauważyłem, że człowiek kiedy zaczyna się interesować czymś nowym, zaczyna świadomie i podświadomie szukać nowych informacji, zauważa rzeczy, o których do tej pory nie miał zielonego pojęcia i nie zwracał na nie uwagi, a czasami nawet informacja sama znajduję człowieka (tak jak to historia z chłopakiem z wulkanizacji).

Z innych źródeł dowiedziałem się o takiej historii: „…jak to się stało, że w ogóle zaczął praktykę jako homeopata? Legenda głosiła, że miał niesamowitego pecha odnośnie wypadków drogowych, zawsze ze wszystkich wychodził cało, ale w jednym nie miał tyle szczęścia i lekarze powiedzieli mu, że prawdopodobnie już nie wstanie z wózka inwalidzkiego. On nie dał za wygraną, udał się na koniec Polski do bioenergoterapeuty, który uzdrawiał ludzi. Kiedy spotkał się z nim i poprosił o pomoc, bioenergoterapeuta stwierdził – to jest bez sensu! Ten zapytał – dlaczego? Dlatego, że Pan ma większą moc uzdrawiania niż ja! Niech Pan to wykorzysta i pomaga innym.” Co prawda nigdy nie zapytałem go jak to wszystko się zaczęło, ale z każdej wizyty dowiadywałem się nowych historii o nim i niektóre wskazywały na to, że legendy nosiły ziarno prawdy.

Spotkanie tego człowieka na mojej drodze, w tamtym czasie, również uważam za nieprzypadkowe. Po spotkaniu dr Owczarskiego i  Wiesława Wulkanizatora, teraz to był mój kolejny mentor, dawca nadziei i ogólnie bardzo światły człowiek, który powiedział mi więcej na temat leczenia niekonwencjonalnego, innych kulturach,  podświadomości i jej magicznej mocy. Poszerzył mojej horyzonty i bez wątpienia przyczynił się do mojego powrotu do zdrowia. Wierzę w to.

Spotkałem się z nim 6 razy. Ostatnia wizyta miała miejsce z końcem kwietnia, a 7 maja wyjechałem na dwutygodniowy turnus rehabilitacyjny do Polanicy Zdrój. Kazał mi przez okres dwóch miesięcy zażywać leki i pić ziółka, jakie mi zapisał. Tak robiłem i pilnowałem się rozpisek.

Czas na rower.

Mimo wprowadzenia leczenia u homeopaty, nie rezygnowałem z mojego „treningu”, który bardzo się zmienił w tym okresie. W lutym dr Owczarski stwierdził, że jestem na tyle silny, że mogę wsiadać na prawdziwy rower i jeździć w terenie. Byłem zaskoczony jego decyzją, nieco nawet wystraszony, bo przecież chodzę jeszcze o kulach i co ludzie pomyślą?! Ale jednak świadomość, że będę się poruszał naprzód,  będę mógł jeździć w miejscach, gdzie wcześniej biegałem, wygrała. Był to czas na inwestycję, bo nie miałem dobrego roweru, a taki był mi potrzebny, bo przede wszystkim musiałem polubić jazdę rowerem, a szczerze nie przepadałem za tą aktywnością, gdyż zazwyczaj tam gdzie miałem pojechać, to wolałem pobiec 😉

Jeździłem rowerem 🙂 Radość dla mnie wielka. Miałem problemy z wchodzeniem i schodzeniem, ale szybko wypracowałem bezpieczne sposoby radzenia sobie. Prawa noga była dużo słabsza od lewej, ale musiała pracować, musiała jakoś zacząć się odbudowywać i myślę, że rower był dobrym sposobem na to. W lutym trasy od 5-10km po płaskim i spokojnie. Apetyt rósł w miarę jeżdżenia i pozwalałem sobie na coraz dłuższe i trudniejsze trasy, a że byłem w posiadaniu roweru dostosowanego do wyścigów MTB, to pozwalałem sobie na to 😉 W kwietniu byłem w stanie przejechać 3 x w tygodniu po 30km!

Rower pojechał też ze mną do Polanicy Zdrój, gdzie miałem odbyć rehabilitację i niespodziewanie porzucić kule!? Ale o tym już w następnej części 🙂


Podziel się

1 Comment

  1. thanks f0or the great info

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 MentalRunner

Theme by Anders NorenUp ↑