530185_365334673536587_1668248152_n

Jak wspominałem 17 października ruszyłem z rehabilitacją. Zmieniłem swoje przekonania, nabrałem sił i niewytłumaczalnej pewności siebie, że dokonam rzeczy, o których śniłem i marzyłem. Jednymi słowy wierzyłem w moje pozytywne myślenie. I teraz tak będzie, teraz o tym będziesz mógł czytać w większości moich wpisów, ale trafią się też momenty mniej przyjemne, jednak nie będą miały większego znaczenia, bo będą zbyt małe, a ja będę sobie z nimi radził.

Rehabilitacja w toku. Mój dzień to był jeden wielki trening. Takie miałem wrażenie, kiedy rozplanowywałem zajęcia i wiesz co? Nie miałem nic innego do roboty! Nic nie musiałem robić, a nawet niewiele mogłem sam wykonać. Nikt niczego ode mnie nie potrzebował, a nawet niewiele bym pomógł. Ogólnie mogłem się skupić na sobie i na robieniu tego, aby jak najszybciej odzyskać zdrowie, sprawność, dawną formę. Był to też okres, kiedy czułem się samotny i niepotrzebny. Możesz tego nie zrozumieć, bo mam wrażenie, że wtedy mało osób mogło to zrozumieć, ale nachodziły mnie takie myśli, chciałem jak najszybciej opuścić ten stan i móc znów spotykać się ze znajomymi, przebywać w innym towarzystwie, poznawać nowych ludzi i czuć, że jest się pomocnym, bardziej potrzebnym. Zazwyczaj takie myśli miałem wieczorem i w weekendy, kiedy  byłem w domu, często spędzając ten czas sam. Ale ok, to minęło z czasem i wiem, że ostatecznie wzmocniło mnie i nauczyło przebywać w swoim towarzystwie, sam na sam ze sobą. Ćwiczenia i praca, którą miałem do wykonania, efektywnie zajmowała moje myśli, które stawały się coraz bardziej pozytywne, ale nie potrafiłem wybiegać w przyszłość, czułem, jakbym żył z dnia na dzień, od treningu do treningu i nie chciałem tego psuć, mącić, bo wpadłem w dobry rytm i chciałem utrzymać ten kurs jak najdłużej.

W ostatnim wpisie wspomniałem trochę o moim dniu rehabilitacji -„treningu”.  Dziś opiszę dłuższy okres i bardziej szczegółowo. Co robiłem?

– Rehabilitacja u fizjoterapeuty. W październiku  przez 10 dni dojeżdżałem do Wolsztyna. Z dnia na dzień ćwiczyłem z coraz to większymi obciążeniami, było coraz trudniej, ale lubiłem to, kiedy wychodziłem z salki zmęczony, a nawet spocony. Chociaż większość roboty odwalałem w domu, to i tak wiele wynosiłem z tych jednogodzinnych sesji. Choćby uświadamiałem sobie to, że nie jestem  w tak beznadziejniej sytuacji,  jak  wcześniej myślałem, a uzmysławiało mi to spotykanie tam osób w cięższych stanach ode mnie. W stanach, w których rehabilitacja może przynosić minimalną poprawę i dawać małą nadzieję. Nauczyłem się rozumieć, współczuć i cieszyć się swoim losem, swoim życiem. Co wtedy mówiłem  do siebie? „Bartek ciesz się, że skończyło się tylko tak i rób swoje! Dawaj z siebie wszystko, wracaj i zrób to dla tych, którzy już do sprawności nie wrócą nigdy.” Wiedziałem, że moje inwalidztwo jest tymczasowe, a świadomość, że ktoś jest przykuty do wózka na całe życie, uczyła mnie pokory i sprawiała, że naprawdę dziękowałem Bogu i doceniałem wszystko,  co mnie otacza, wszystko co mam. To była wielka lekcja i duże doświadczenie.

– Rower stacjonarny. Jak zalecił doktor Owczarski: „musisz dużo kręcić na rowerku! nawet 2 godzinny dziennie i nawet jak będzie bolało!” Rowerek kupiłem  w dużym markecie, bo była jakaś promocja i to było wtedy, kiedy wracałem z tatą z wizyty w Poznaniu. Miałem początkowo problemy z wejściem na rowerek i utrzymaniem równowagi, bo mimo, że to był  rower stacjonarny, to lekko w głowie mi się mieszało. Rozpoczynałem od 10-15 min jednorazowo i…i byłem zmęczony. Kręciłem nie równo, lewa noga mocno, a prawa jeszcze bez mocy. Ale nie o moc chodziło, chodziło o ruch w stawie, o pobudzenie krążenia, aby przyspieszyć zrost. Na rower często wsiadałem dwa razy dziennie, a już pod koniec października średnio potrafiłem kręcić pedałami przez 45’. Obciążenia nie były wielkie, na zmianę przerzutek przyjdzie jeszcze czas.

– Piłka. Nienawidziłem jej początkowo! Nie zdawałem sobie sprawy, że można takie ćwiczenia na niej robić i tak się męczyć! Rehabilitant pokazał mi ćwiczenia, a ja je powielałem w domu 5-6 razy w tygodniu i dziś patrząc w mój dziennik jestem w szoku, bo nie wiedziałem, że tyle tego było. Głównie wzmacniałem nogi – mięśnie czworogłowe, dwugłowe i łydki, bo tam miałem największe ubytki w obwodzie. Ale też plecy, odcinek lędźwiowy kręgosłupa i mięśnie brzucha, które  pracowały przy wielu ćwiczeniach. Jednak  piłka, to był tylko jeden z elementów tego treningu.

– Ćwiczenia izometryczne. Napinałem poszczególne partie mięśni ( w moim wypadku mięśnie nóg), przez około 7 sekund zostawałem w tym napięciu i powtarzałem kilka razy w różnych ćwiczeniach. Zazwyczaj łączyłem to z ćwiczeniami na piłce.

– Waga. Zwykła waga łazienkowa i wyciskanie coraz większego procentu nogą  tak, aby obciążać ją stopniowo.

– Basen. Od listopada 2011, 1-2 razy w tygodniu odwiedzałem pływalnię w Wolsztynie. Zazwyczaj był to wyjazd  połączony z rehabilitacją. W wodzie czułem się naprawdę dobrze i co najlepsze mogłem stać i prawie całkowicie obciążać nogę! Pływałem, ale nim  to nastąpiło, ćwiczyłem przez 15-20 minut machając nogami na boki, do przodu, do tyłu. Ludzie dziwnie na mnie spoglądali, a szczególnie kiedy wypełzywałem z basenu i chwytałem kule.  Bo tam już o nich się przemieszczałem. A widok  przerażonych min dzieciaków w przebieralni, kiedy widzieli moje blizny zawsze mnie bawił.

– Moja siłownia. Co robiłem? O tym już pisałem kilka postów wstecz. Ćwiczyłem górne partie  z hantelkami, robiłem pompki, brzuszki i wykorzystywałem wszystkie meble, jakie miałem w pokoju, aby utrudnić i urozmaicić sobie ćwiczenia.

Miałem motywację, aby ćwiczyć, bo chciałem wrócić do sprawności, ale też chciałem wrócić do dawnego wyglądu, a dokładniej chodziło o mój brzuch i jego mięśnie, które w dziwny sposób zniknęły po wypadku. Mój wygląd zmieniał się  bardzo szybko. Najpierw po powrocie ze szpitala miałem przerażająco niską wagę – 58-60kg, a chwilę później przekraczałem 72-74kg. Odbudowywałem się szybko, ale potrzebowałem ruchu i ćwiczeń, aby przywrócić dawną sylwetkę.

DSC00168

Grudzień 2011. około 73kg. Mogłem już stać na jednej nodze 😉

Bolało, bo blizny pościągały mi skórę, którą na nowo rozciągałem ćwiczeniami, ale wiedziałem, że taką cenę trzeba zapłacić. Skostnienia w biodrze dawały o sobie znać raz na jakiś czas, ale na tyle skutecznie, że unieruchamiały mnie na prawie cały dzień, a ból był odczuwalny jak wbijanie dużej igły w okolice pachwiny. I to dziwne uczucie „nieczucia” przodu uda i okolicy biodra, miednicy. Mogłem się szczypać przez następne 6 miesięcy i nie czuć bólu. Nie było lekko, ale nie odpuszczałem. Musiałem działać, bo potrzebowałem ruchu. Zrobiłem krok w tył, ale teraz nabierałem rozpędu.

Ok, podsumuje teraz moje poczynania z trzech ostatnich miesięcy 2011 roku. Październik, listopad i grudzień, to były chyba najintensywniejsze miesiące,  jakie pamiętam z tamtego okresu, a notatki podsumowujące miesiąc mówią same za siebie.

W moim podsumowaniu wyróżniłem takie elementy jak:

  • Przejechane kilometry (rower) – 1440 km
  • Basen – 21x1h
  • Moja siłownia  (ilość jednostek) – 38x1h
  • Ćwiczenia z piłką + wzmacnianie nóg –41x1h
  • Rehabilitacja – 28x1h
  • Liczba dni,  w których nie robiłem  nic, w ciągu tych trzech miesięcy, to 12.

14895985771_0a044dca1c_k

Zmiana środka lokomocji.

Koniec roku był czasem intensywnej rehabilitacji i czasem, kiedy ostatecznie pożegnałem się z wózkiem i zaczynałem przemieszczać się o dwóch kulach.  Duża różnica w moim samopoczuciu, już inaczej na mnie spoglądano, czułem się silniejszy i bardziej samodzielny. Wzmacnianie rąk podczas ćwiczeń przyniosło efekty, bo opanowałem sztukę wspinania się po schodach, które wiodły do mojego pokoju na piętrze. Początkowo wspinałem się tyłem po pośladkach, z nogą w górze, podciągając się na ramionach i tak samo schodziłem. Później używałem jednej kuli i balustrady do wciągania się, skacząc do tego na jednej nodze. Nie było lekko, ale bardzo chciałem mieszkać w swoim pokoju, mieć więcej miejsca, prywatności i przede wszystkim wysypiać się.

5797826211_5622b3d2ce_z

Rok 2012.  Wiele zmian. Kilka nowo poznanych osób, które chyba poznać musiałem, aby znaleźć się w miejscach, o których śniłem i realizować to, o czym mówiłem. Następny wpis poświęcę bardzo ciekawym wydarzeniom, jakie miały miejsce z początkiem nowego roku. Opiszę jak wskoczyłem na rower (już nie stacjonarny 😉 ),  jak „bieganie” oddawał mi orbitrek i co robiłem u homeopaty! Zapraszam 🙂


Podziel się