16553638038_90478b4154_k

„Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by pójść naprzód.”

Co teraz? Iskra nadziei się tli, czuję przypływ sił i chyba najlepsze co mogę zrobić to podjąć działanie, spróbować rozdmuchać ten jarzący się płomień.

Przyszedł czas na powrót do słów i zamierzenia,  które sformułowałem  jeszcze w szpitalu, kiedy  lekarz przekazał mi swój wyrok, a ja wymyśliłem, że nie uwierzę, póki nie powie mi to 3 lekarzy.

Na dzień po ostatnim śnie przysiadłem przy komputerze i rozpocząłem poszukiwania. Szukałem przychodni, klinik, lekarzy którzy specjalizują się w leczeniu sportowców, bo jeszcze nadal za takiego się uważałem. Odległość  i koszty nie miała znaczenia. Znalazłem dwie lokalizacje – Warszawa i Żory. Nawet już  dowiadywałem się o wstępne wizyty w tych placówkach. Szukanie trzeciego miejsca zostawiłem  sobie na dzień następny. I właśnie wtedy zadzwonił telefon. To był mój były trener z liceum. Mieliśmy cały czas dobry kontakt, martwił się i chciał dowiedzieć się co u mnie, jak się czuję i jakie są rokowania. Opowiedziałem mu, że na razie nie jest ciekawie, ale postanowiłem podjąć rękawice, że mam nadzieję i szukam specjalistów ortopedów. A On na to zadał pytanie: „czy byłeś już w Poznaniu, w Reha Sport Clinic? Wysyłamy tam naszych biegaczy na badania bo pracują tam świetni specjaliści”. Odpowiedziałem, że nie, bo nawet nie miałem pojęcia, że taka klinika istnieje w Poznaniu. Tak blisko mnie. Pamiętam ten moment, kiedy dostałem ten telefon, byłem na przejażdżce autem z moją siostrą, chciałem, aby powoziła mnie trochę, bo zbliżał się czas wizyty w szpitalnej przychodni, którą miałem zaplanowaną na 11 października, a przyznam się, że po wypadku źle znosiłem podróże autem, kręciło mi się w głowie i ten ukryty, ale przejawiający się lęk jazdy i bycia pasażerem. Wróciliśmy do domu, a ja od razu wyszukałem wspomnianą przez trenera klinikę. Swoją drogą, dziwne prawda? – akurat zadzwonił teraz z taką informacją teraz, kiedy szukałem właśnie tego szukałem.

Skoro w Poznaniu jest taka klinika, to raczej moją podróż zacznę od niej, bo w końcu dzieliło mnie  od niej niecałe 100km. Pozostałem dwie lokalizacje znajdowały się znacznie dalej, a więc zostają na później. Znalazłem stronę kliniki w internecie i od razu zadzwoniłem z zapytaniem o wolny termin wizyty. W odpowiedzi, pani z recepcji zadała kilka pytań: „jaki to dokładnie uraz” , „czy już byłem wcześniej u nich” i ostatnie, najciekawsze: „do jakiego lekarza” – no wiadomo, że do ortopedy, ale nie o to chodziło w tym pytaniu – chodziło o nazwisko, bo jak się okazuje mogłem sobie wybrać specjalistę. Wtedy nie wiedziałem, że takie możliwości są i byłem zdziwiony. W sumie, obycia w tym temacie nie mam, przed wypadkiem z lekarzami widziałem się bardzo rzadko, a poza tym – klinika nie przyjmowała na kasę chorych. Ok, wracając…nie wiedziałem co odpowiedzieć, bo nie znałem jeszcze tamtych lekarzy, a pani z recepcji podpowiedziała mi,  abym zapoznał się z ich opisami na stronie internetowej, bo każdy jest krótko przedstawiony, po czym mam oddzwonić i umówić się na konkretną wizytę. I tak zrobiłem. Przeczytałem wszystkie opisy, wybór był trudny, bo jeden lepszy od drugiego. Jednak moją uwagę przykuł jeden lekarz, a raczej wzmianka w jego opisie. Był biegaczem, a nawet miał na koncie maraton w Berlinie. Więcej wiedzieć nie musiałem, wybrałem dr Owczarskiego. Dlaczego? – to chyba wiadomo, bo kto lepiej mnie zrozumie jak nie biegacz?! Oddzwoniłem i umówiłem wizytę z wybranym przez siebie doktorem. Miłe zaskoczenie, bo nie musiałem czekać miesiąca, tylko tydzień! A co było śmieszne, wizytę w klinice miałem umówioną na 13 października, a dwa dni wcześniej, 11 października  też przecież będę w Poznaniu, ale na wizycie w szpitalnej przychodni. No cóż, wiedziałem, że trzeba działać i napierać, bo nic samo nie przyjdzie.

Wizyta 11 października 2011r. Szpital, gdzie miałem ostatnią operację.

Tak jak się spodziewałem – nie było ciekawie. Ten sam lekarz, te same badania i ten sam werdykt – jeszcze nie możesz obciążać nogi, nie ma zrostu i jest coś jeszcze, coś co chyba utrudnia i rzadko się zdarza – masz bardzo dużo budulca kostnego w obrębie miednicy i stawu biodrowego. Zamiast odkładać się w miejscu, gdzie powinien, gromadzi się w okolicy tych miejsc. Na pocieszenie udało mi się wyprosić pierwsze skierowanie na rehabilitację. Wiedziałem, że dwa dni później mam wizytę w klinice, jednak mój entuzjazm znacznie zmalał, nawet wrócił ten nieprzyjemny głos, który robił ze mnie kalekę w beznadziejnej sytuacji. Tego wieczoru znów zaliczyłem upadek. Myślałem, że wstaję, że nadzieja i sny już mnie wyciągają z tego dołka, ale kiepskie wyniki sprowadziły mnie na kolana. Byłem nieprzyjemny tego dnia i tego wieczoru. Pamiętam jak siedziałem w salonie i przyglądałem się zdjęciom rentgenowskim, a w głowie burza myśli: „co jest nie tak?”, „czemu to się nie chce zrastać?” „Przecież miałem już od września zacząć chodzić o kulach, miało się zrastać szybko, a tu jeszcze jakieś powikłania, narośle kostne”. Znów na moment stałem się ofiarą, a noc po tej wizycie nie była łatwa.  Następnego dnia było lepiej, udało mi się stawić siebie do pionu. Znów z nadzieją oczekiwałem wizyty w Klinice, a myśl o pierwszej rehabilitacji, na którą czekałem niecierpliwie pchnęła mnie do działania i szukałem miejsca, gdzie mógłbym rozpocząć pracę nad sobą.

16718241076_fe33a76b65_z

13 październik 2011. Wizyta w Reha Sport Clinic. Poznań.

Pod gabinet zaprowadził mnie tata. Pamiętam, że  byłem bardzo nieporadny, w ręku trzymałem kartotekę i teczkę z wypisami i badaniami. Czułem się ciężkim przypadkiem, bo z mojej obserwacji wynikało, że wszyscy oczekujący na wizyty poruszali się o własnych siłach, a na mój widok ich twarze zmieniały grymas na… współczujący. Otwierają się drzwi, wychodzi pacjent, a po mnie wychodzi doktor Owczarski, idzie w moją stronę, aby mi pomóc.  Wita się ze mną podając rękę i patrzy na mnie i czuje, że robi to z wielkim przejęciem mimo, że jeszcze nic nie powiedziałem. Zaczynamy rozmowę, pokazuję moje dokumenty i zdjęcia RTG. Doktor pyta, co się wydarzyło, bada sytuację i przez chwilę nic nie mówi, a ja w tym czasie rozglądam się po gabinecie. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to ściany! Ściany ozdobione zdjęciami ze znanymi sportowcami, a wśród nich zdjęcie z Henrykiem Szostem – najlepszym maratończykiem w naszym kraju i rekordzistą Polski w maratonie. Obok zdjęcia i medale doktora z maratonu w Berlinie. Czułem, że trafiłem w dobre miejsce, w dobre ręce.

„Budzić nadzieję w sobie i innych, oznacza: dodawać odwagi, dodawać życia.”

Po chwili przemówił krótko: „Bartek, co chciałbyś wiedzieć? Co Cię interesuje? Mam powiedzieć jak to wygląda według mnie?” Odpowiedziałem, że jestem/ byłem biegaczem, że powiedziano mi, że nie wrócę do tego sportu. Powiedziałem, że jest to dla mnie bardzo ważne. Opowiedziałem o studiach i o pracy w wojsku. Powiedziałem, że to wszystko już mi skreślono, odradzono, zakazano. Doktor Owczarski odpowiedział wprost: „jesteś bardzo młody i w tym bardzo młodym wieku dostałeś niezłego klapsa od Pana Boga.” Był przejęty, cały czas przyglądał się zdjęciom i wypisom ze szpitali. Rozumiał mnie, wiedział co czuję, bo sam jest biegaczem. Powiedziałem mu, czego chciałbym się dowiedzieć od niego, co mnie trapi. Zadałem w końcu pytanie : czy jest szansa, że wrócę do biegania? Odpowiedź jaką usłyszałem, zmieniła wszystko! Co powiedział? – że „nigdy nie powiedziałby mi, że nie ma szansy na powrót do biegania i ten, kto mi coś takiego powiedział, zrobił to bezpodstawnie i nie brał chyba pod uwagę, że jestem biegaczem, sportowcem amatorem, który dla swojej pasji jest w stanie zrobić bardzo wiele.  Bo jest szansa, bo jestem zbyt młody i zbyt ambitny, żeby coś takiego mi powiedzieć.” Tego było mi trzeba! To chciałem usłyszeć, a  przypływ radości był nie do opisania. Tląca się nadzieja zapaliła się jasnym i silnym płomieniem. Dalej rozmawialiśmy na temat ćwiczeń i rehabilitacji. Zalecił mi, żebym kupił rowerek stacjonarny i jeździł na nim bardzo dużo. Uprzedził o bólu, który może mi towarzyszyć podczas jazdy, ale to mnie już nie ruszało, bo ból nie był mi obcy, a wiedziałem, że jakąś cenę trzeba zapłacić za sprawność i za powrót do biegania. Byłem gotów na ciężką pracę, byłem gotów na wiele. Dr Owczarski polecił mi basen i ćwiczenia w basenie, kazał mi pisać do siebie na maila wszystko co robię, ile ćwiczę. Czułem, że bardzo chce mi pomóc, w ciągu kilku minut zmienił moje samopoczucie dając nadzieję na coś, co myślałem, że straciłem bezpowrotnie. Nieważne dla nie było, czy wrócę do poziomu biegania z przed wypadku, chciałem po prostu wrócić,  nawet jeśli mógłbym tylko biegać rekreacyjnie. Dał nadzieję, ale też powiedział, że nie daje żadnej gwarancji i niczego nie obiecuje. To będzie długa droga i wiele będzie zależało od tego, jak tę drogę przejdę. Przyznał tak jak pozostali lekarze, że czeka mnie endoproteza stawu biodrowego, że niestety, ale mój staw trochę oberwał i był już dwa razy otwierany/operowany i tego nie da się ukryć, nie da się uniknąć. Szybko się z tym pogodziłem, bo słyszałem, że żyje się z tym normalnie i co najciekawsze i najważniejsze ludzi z tym biegają! Wiedziałem, że nie bez powodu trafiłem właśnie do niego. Nie traktowałem tego jako przypadek. Gdy wychodziłem z gabinetu a doktor odprowadzał mnie do wyjścia, cały czas mu dziękowałem. W korytarzu czekał tata, widział, że się uśmiecham, a z radości szkliły mi się oczy. Zapytał „i co”? Wszystko mu opowiedziałem, a nawet nie było co opowiadać, bo powiedziałem, że jest dobrze, że jest nadzieja, że wrócę. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Kliniki, stwierdziłem, że nie muszę już dalej szukać klinik i lekarzy. Znalazłem już to, co chciałem.

P1100491

Medale, puchary i dyplomy – trofea biegowe, wracają na swoje miejsca.

Wróciłem do domu. Byłem szczęśliwy, czułem, że obudziłem w sobie nowe pokłady siły, a może odnajdywałem ten waleczny charakter z dzieciństwa, kiedy zaczynałem biegać i miałem wiele do udowodnienia. A może był to już ten charakter, który nie pozwalał schodzić mi z trasy maratonu i innych biegów, który walczył do końca. Nieważne. Czułem, że jestem na drodze, która prowadzi mnie do realizacji moich pragnień, celów. Myślałem o bieganiu, o moim powrocie, ale przecież jeszcze nie chodziłem o własnych siłach, nie miałem pojęcia, jak przejdę przez rehabilitację, jakie będą efekty, bo przecież straszono mnie, że mogę w najgorszym wypadku utykać na jedną nogę. Ale ja już biegałem w głowie, w myślach. Znów chciałem widzieć moje puchary na pólkach, wiszące medale i dyplomy. Choć to były obrazy przeszłości, mówiły coś do mnie, mówiły o ciężkiej pracy, jaką potrafiłem wykonać, aby po nie sięgać, aby je zdobywać, zwyciężać.

Od 17 października rozpocząłem rehabilitację, którą potraktowałem bardzo poważnie, którą nazwałem swoim treningiem, ale dokładniej o tym będzie już  opowiadać część nr 16.


Podziel się