252663_432047980168499_425839196_n

 No dobrze, a kiedy to się działo? Kiedy doszło do pożegnania?

Pożegnanie miało miejsce w ostatnich dniach września.  11 października miałem zaplanowaną wizytę kontrolną w szpitalu, w którym mnie operowali.  Od pierwszych dni października obawiałem się wizyty, byłem negatywnie nastawiony, przewidywałem, że niewiele się zmieni przez ten miesiąc.

Wróćmy na moment do mojego pożegnania z bieganiem.

Po pożegnaniu wróciłem do domu, kazałem siostrze sprzątnąć wszystkie puchary, medale, trofea, dyplomy z półek i szaf. Jak koniec, to koniec. Nie chcę, aby coś mi teraz przypominało o bieganiu, nie w tym okresie. Wszystkim w domu oświadczyłem, że to koniec z bieganiem i nie chcę rozmawiać na ten temat. Później się śmiałem z mojego wielkiego oświadczenia, bo przecież wszyscy dookoła wiedzieli, że już nie będę biegał, tylko ja sam jeszcze trawiłem tę informację i nie dopuszczałem jej do myśli. To był ciężki dzień, dużo emocji i dopiero wieczorem poczułem, jak ciężka to była decyzja i jak trudno będzie mi ją znosić.

Wspominając o moim trudnym pożegnaniu  z bieganiem,  kiedy doszukiwałem się najlepszych rzeczy, jakie dało mi bieganie, to zapomniałem o jednej i najważniejszej rzeczy jaka może być. Wspominałem o wspomnieniach, miejscach, ludziach, pięknych chwilach, ale zapomniałem o tym, kim stałem się dzięki bieganiu, jak przez te wszystkie lata budowałem swój charakter, jak stałem się silny fizycznie i psychicznie, zdeterminowany, zdyscyplinowany, konsekwentny,  cierpliwy, waleczny i wiele jeszcze musiałbym wymieniać.  Nie urodziłem się z tymi cechami! Nabywałem je. Cieszę się, że je zauważyłem. Może doceniłem je późno, ale byłem ich świadom.

Pożegnanie było ciężkie, bo byłem cały czas rozdarty wewnętrznie. Próbowałem nie myśleć, nie wspominać, nie chciałem zapomnieć, bo ponoć jeśli chcesz o czymś bardzo zapomnieć, to znaczy, że nie możesz o tym przestać myśleć. Chciałem jak najszybciej się z tego wyleczyć i móc skoncentrować się na rehabilitacji,  odbudowywaniu życia i planowaniu przyszłości, ale ciężko jest przejść do następnego rozdziału, skoro poprzedni nie jest zakończony.

Kilka dni po pożegnaniu, odezwał się do mnie mój wewnętrzny głos pytając: „to czego nauczyło cię bieganie? Kim się stałeś?” – Poznałem ten głos! Byłem w szoku, bo nie słyszałem go już jakiś czas od chwili wypadku, ale pamiętam go bardzo dobrze. Ten głos odzywał się zawsze kiedy było ciężko, kiedy do mety było daleko, a nogi chciały odmawiać współpracy, kiedy bolało, a trzeba było biec, kiedy za oknem było ciemno, zimno, padał deszcz lub śnieg, a na trening trzeba było wyjść. A ostatni raz przemawiał do mnie tak silnie dokładnie na dzień przed wypadkiem, kiedy robiłem jeden z najlepszych i najcięższych treningów tego sezonu. Później zamilkł, albo ja nie dopuszczałem go do słowa i pozwalałem mówić temu drugiemu, który tak doskonale znał moją niedoskonałą przyszłość, który określił mnie inwalidą, wsadził na wózek i kazał jeździć i mówić, że to już koniec z bieganiem, lamentując przy tym jaki to jestem pokrzywdzony i nieszczęśliwy.

Postanowiłem go wysłuchać. Wiedziałem, że zawsze mądrze gadał i pomagał. Czekałem na ciąg dalszy, a on znowu zadał te same pytanie: „to czego nauczyło cię  bieganie? Kim się stałeś?” Chciałem więcej, chciałem konkretów, wskazówek, o co chodzi i co z tym robić? – ale później panowała cisza. Położyłem się spać i  zostałem z pytaniami sam.

SV-AS10 ImageData

Następnego dnia rano zerwałem się z łózka do pozycji siedzącej z wielkimi oczami, a w głowie jedna myśl, skąd to się wzięło, skąd ten sen? – Przyśniło mi się, że brałem udział w biegu ulicznym na 10km, zapamiętałem dokładnie każde oznaczenie kilometra, walkę na trasie do ostatnich metrów i to, że nie wygrałem tego biegu, ale najważniejsze, to gest jaki wykonałem przekraczając linię mety,  miałem uniesione ręce ku górze niczym zwycięzca. Byłem w szoku i przez kilka dni myślałem o tym śnie, bo był tak realny, tak dobrze go zapamiętałem, jak mało który sen w życiu. Postanowiłem  zapisać to zjawiskowe wydarzenie na kartce papieru i schowałem w moim kajecie.

Kilka dni później nie uwierzysz – następny sen! Ale tym razem bieg przełajowy. Obudziłem się  i zerwałem  z łóżka z zamiarem pobiegnięcia do tego stopnia, że o mały włos  z rozpędu nie wstałem sam bez pomocy balkonika! Znowu zapisałem sen. Szukałem pomysłu na odpowiedź skąd mi się to bierze w głowie, bo znowu z najmniejszymi detalami, jeden podbieg, trawiasta i piaszczysta trasa i znów nie wygrałem, ale wbiegałem na metę jak triumfator zbierając mnóstwo gratulacji po biegu. Następne kilka dni myślenia, ale teraz już nieco innego, bo pytania zmieniły formę – przestałem pytać  siebie skąd to się bierze, ale dlaczego!?

A kiedy zadałem sobie pytanie: dlaczego i po co? Wewnętrzny głos znów przemówił do mnie: „bo to jeszcze nie koniec!”

Najpierw na twarzy pojawił się uśmiech, chciałem wstać i pobiec, ale po chwili, emocje opadły i do akcji wkroczył ten drugi: „halo, kolego, siedzisz na wózku, co lekarz Ci mówił? – koniec tak? Więc ogarnij się i przestań fantazjować” – racje przyznałem drugiemu, mówił o realiach, o tym co się wydarzyło, widział cały obraz. Poniosła mnie fantazja i wielka wyobraźnia, która często pokazywała mi swą siłę, a więc nie byłem zdziwiony moim chwilowym zagubieniem.

Mija następne kilka dni i zgadnij ! – tak, kolejny sen. Znów biegnę, ale znacznie więcej – MARATON! Ten sam scenariusz, walka na trasie, pokonywane kolejne kilometry i ta bijąca pewność siebie, uczucie silnej głowy – psychiki. Przekroczenie mety i czas 02:4… tylko tyle zapamiętałem. Budzę się, pierwsze co zrobiłem chwyciłem kartkę, długopis i zapisałem czas, który zapamiętałem. Znów mętlik w głowie. Znów pytania i znów walka głosów. Ale tym razem, kazałem się zamknąć temu drugiemu, bo gadał cały czas w kółko to samo i poczułem, że tłumi we mnie to, co przebijało się od dawna, czyli pierwszy głos i jego pytania: „to czego nauczyło cię bieganie? Kim się stałeś?” Coś we mnie zaczęło krzyczeć: „wysłuchaj tego głosu i zobacz co już Ci powiedział”

Pytania przedarły się do mnie, zamarłem, odpowiedzi zaczęły spływać ze wszystkich stron, obrazy i wspomnienia powróciły,  głowę wypełniła mi tajemnicza siła, która powtarzała: to jeszcze nie koniec! Po tej chwili zauważyłem, jak bardzo upadłem, jak długo leżałem  i nie mogłem się podnieść, mój demon trzymał mnie mocno, cieszył się z wygranej bitwy, że udało mu się wmówić mi jego wersje mojej przyszłości, odebrać mi możliwość decydowania, poddając życie prawu przypadku i losu.

1688466_275735745925820_1303874259_n

Cieszył się krótko, bo ja odpowiedziałem sobie na pytania. I powiedziałem mu: „może i wygrałeś bitwę, ale tę wojnę wygram ja, bo byłem,  jestem i będę wojownikiem. A nawet jeśli nie wstanę od razu, to poleżę jeszcze tu z tobą, bo bieganie nauczyło mnie bycia cierpliwym i będę zbierał siły, powoli wstając, mimo bólu, bo bieganie nauczyło mnie znosić ból i przesuwać granice jego odczuwania, konsekwentnie będę napierał, z pełną determinacją walczył o każdy milimetr, aby powstać, nie poddam się i wytrwam, bo nie raz upadłem i wstawałem,  nie raz udowodniłem i pokazałem na co mnie stać, a więc i tobie pokażę, jak silny jest mój charakter, który był hartowany przez lata. Powiem krótko demonie – przegrasz, a ja wstanę lepszy i silniejszy niż byłem wcześniej”.

To był mój wewnętrzny dialog. Miałem i mam skłonności do rozmów z samym sobą. Biegając robiłem i robię to często na głos. Moje ego chciało iść najmniejszą linią oporu. Wybierało komfort i bezpieczeństwo. Ale była też druga strona. Obudziłem w sobie głos, osobowość wojownika, która chciała czegoś więcej od życia. Chciała żyć, a nie tylko istnieć. Chciała życia z pasją. Widziałem, że taki wojownik we mnie jest. Wiedziałem, że będę musiał go lepiej uzbroić i przygotować do długiej walki.

Odnalazłem siłę. Podnosiłem się. Pojawiła się iskra nadziei. Teraz przyszedł czas na działanie, o którym opowiem w części nr 15. Zapraszam.


Podziel się