4972119690_bbcb523116_b

27 lipca wróciłem do domu.

Podróż karetką przeżyłem bardzo mocno! To było 97km grozy. Nie wiem, czy kierowca jechał tak szybko i dynamicznie, czy też ja nabawiłem się jakiegoś urazu do szybkiej jazdy lub w ogóle do jazdy autem. Kiedy wjechaliśmy na podwórze mojego rodzinnego domu i kiedy drzwi karetki się otworzyły, w opinii „komitetu powitalnego” wyglądałem fatalnie. Tzn. bardzo, bardzo blady i wystraszony. Wnieśli mnie do domu i położyli na specjalnym łóżku, jakie rodzice załatwili mi ze względu na mój stan. Łóżko z pilotem, opcja zmiany wysokości i nachylenie oparcia. Nad głową uchwyt, którą wykonał sąsiad – złota rączka, tak abym mógł podnosić się samodzielnie. Przerażało mnie to, że początkowo nie miałem siły i nadal po każdym oderwaniu pleców od łóżka kręciło mi się w głowie. Oprócz łóżka czekał na mnie jeszcze inny sprzęt. Wózek, kule, balkonik. Na pierwszy ogień poszedł wózek. Myślisz sobie, że pewnie czułem się fatalnie – nie, czułem się dobrze, mogłem już siedzieć, cieszyłem się tym i chciałem jak najmniej czasu spędzać w łóżku, bo miałem już go dosyć. Wróciłem do domu rodzinnego, ale nie do swojego dawnego pokoju, który znajdował się na piętrze. Spałem w pokoju gościnnym, spałem to za dużo powiedziane, bo spać nie mogłem. Miałem dosyć tabletek, próbowałem naturalnych sposobów. Nie czułem się w tym miejscu dobrze i  przez pierwsze kilka dni czułem się jakbym przyjechał tylko na chwilę i miał zaraz wracać do szpitala.

„Możemy uleczyć się z cierpienia tylko przeżywając je do końca.”

– Marcel Proust

Nie byłem już w szpitalu i zaczynałem dostrzegać jak bardzo jestem uzależniony od pomocy innych. Nie mogłem sam się podnieść, przesiąść się na wózek, przejechać z pokoju do kuchni lub na dwór, bo na przeszkodzie stały progi. Nie mogłem zrobić sobie herbaty, przygotować jedzenia. Ubieranie się – prosta czynność i tutaj coś, co bolało najbardziej dorosłego faceta, który nie był w stanie założyć niczego prócz koszulki. Dalej? Toaleta i higiena osobista. Tutaj już postanowiłem od początku powiedzieć dosyć. Przeszkód nie brakowało. Wózek nie mieścił się w futrynie drzwi do łazienki, a dalej? – a dalej wanna z wysoki rantem. I jak tu wjechać? Jak tu wejść? Wykombinowałem, że na czas mojej „kąpieli”, będziemy umieszczać fotel obrotowy, który stał przy biurku mojej siostry. Zabezpieczymy go przed wodą i w ten sposób będę sobie radził sam mając przed sobą umywalkę. Samodzielny też stałem się w innych potrzebach, a moja radość z siedzenia na muszli klozetowej była wyjątkowa. Po trochu odzyskiwałem niezależność. Siły fizyczne wracały z każdym dniem. Po miesiącu, bylem w stanie balkonikiem dotrzeć do łazienki, a chwilę później z fotela wchodziłem do wanny. Żeby wyjść tzn. wyjechać na spacer, w domu musiał być tata, aby znieść wózek po schodach, a później ktoś, kto mnie trochę popcha. Z czasem ktoś, kto pchał, a zazwyczaj była to moja siostra, była już tylko potrzebna do asekuracji (wjazd na chodnik i zjazd lub przy podjeździe na piaszczysty przejazd kolejowy na polnej drodze za domem).

Zdjęcie0073

Od powrotu do domu moja siostra była jeszcze odpowiedzialna za ćwiczenia rehabilitacyjne i masaż. Według mojego dziennika zaczęliśmy 18 sierpnia, a moja notka brzmiała: „-masaż + ćw. nóg 60 min”. I tak do końca września. Pod koniec sierpnia w moich notatkach znalazła się gra w kosza i siłownia. Gra, to może dużo powiedziane, ale ja czułem, że gram. Kozłowałem piłkę i rzucałem nią z pozycji siedzącej. Nie było łatwo, ale ja zawsze lubiłem pograć w kosza. Siłownia? – kładłem się na ziemi i chwytałem hantle. O ile nogi musiałem ćwiczyć z siostrą, to górne partie mięśni mogłem ćwiczyć sam. Brzuch niestety jeszcze odpadał, bo blizny bolały, ale nie mogłem się doczekać, kiedy będę mógł się za niego zabrać. Wypadek ukrył gdzieś mięśnie, których nie brakowało przed. Musiałem je odzyskać, żeby znów wyglądać jak przed nim, a może lepiej?!

11855558_808640095922252_1054239419_n

„Czas nie goi ran. Najpierw pozwala nam przyzwyczaić się, zabliźnić, a później pozwala żyć z tymi ranami.”

-Janusz L. Wiśniewski

Pod koniec sierpnia odwiedziła mnie delegacja z wojska, z jednostki w której służyłem. Przyjechała z nimi Pani psycholog, z którą rozmawiałem przez telefon przed ostatnią operacją. Chciała ze mną porozmawiać i chyba szybko się zorientowała, że nie jest wcale tak dobrze jak jej opowiadałem. Pamiętam z tej rozmowy tylko jedną ważną, a może najważniejszą wskazówkę, którą brzmiała: „przebacz! Przebacz sobie i jemu”. Tak, bardzo mocno obwiniałem Błażeja za ten wypadek, a może był to zbyt częsty temat poruszany w domu i w ten sposób tworzyła się atmosfera, która potęgowała moją złość?! I dorzuciłem do tego jeszcze własne poczucie winy. Czułem się odpowiedzialny za to, że Kamila znalazła się też w tym samochodzie, bo to ja namawiałem ją na tę imprezę. Jednak sugestia  psychologa musiała jeszcze dojrzeć w mojej głowie, tak jak mądrości moich  aforyzmów, które wtedy czytałem.

6 września. Pierwsza wizyta kontrolna w Poznaniu.

Brak zrostu. „Niestety złamania nie chcą się goić, zrastać. Musimy czekać.” Tyle usłyszałem na kontroli. Jechałem z nadzieją,  że usłyszę: „może zacząć Pan chodzić o kulach, obciążać nogę i zaczynamy rehabilitację.” Wracałem w bardzo kiepskim nastroju, który i tak już był słaby. I teraz chyba powinienem Ci powiedzieć co działo się w mojej głowie.

11886610_808634802589448_1568262226_o

Przyjąłem role. Role ofiary. Utożsamiłem się z nią. Może to przez otoczenie, środowisko. Wszyscy mnie pocieszali, okazywali współczucie, żal i było mi wygodnie przyjmować ich politowanie. Bo przecież każdy lubi, jak ktoś się o niego troszczy, martwi. Wiesz co było najdziwniejsze, że kiedy zostawałem sam, to zastanawiałem się: „Boże, po co to robisz? Czemu tak się zachowujesz?”, „Na kim chcesz robić wrażenie? Jak długo?” Czułem, że nie jestem taki słaby, ale nie mogłem się od tego uwolnić i co raz mocniej te emocje przeradzały się w moje codzienne zachowanie. A wiesz jakie to uczucia – smutek, strach, beznadziejność, bezradność, żal, złość, lęk przed przyszłością, nienawiść, brak akceptacji tego, co się wydarzyło. Wszystko co złe. Sam z siebie zrobiłem ofiarę. Bo przecież los tak mnie skrzywdził, siedzę na wózku  i jestem inwalidą, kaleką, w dodatku złamania nie chcą się zrastać. Pech, zły los, wiatr w twarz, piasek w oczy. Co to za życie? -„Życie do dupy”…mimo, że  jest to moja  druga szansa.

„Smutne to, ale cierpienie jest chyba jedynym niezawodnym sposobem zbudzenia duszy

ze snu.”

– Saul Bellow

14 września. Miła niespodzianka.

Pamiętasz, jak pisałem o tym, że moim priorytetem w 2011, do którego trenowałem,  były Mistrzostwa Wojska Polskiego w Biegach Przełajowych? – pojechałem na nie, byłem tam. Zabrali mnie moi znajomi z jednostki, a konkretnie wuefista, któremu zawdzięczam wiele. Trochę się bałem tego, jak zniosę te widoki biegających zawodników. Jednak nie to było najgorsze. Najgorsze było zachowanie, reakcja wszystkich na mój widok – byłem na wózku. Cieszyłem się, że mogłem tam być i jednocześnie odczuwałem dyskomfort psychiczny. Wróciłem do domu i się rozpłakałem. Nie chciałem z nikim rozmawiać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaczynałem być nieznośny. Byłem nieprzyjemny w rozmowach, które dotyczyły mnie, mojej sytuacji. Kiedy rozmawiałem z kimś, uruchamiałem swój rytuał lamentu, użalania się nad sobą, a jak słyszałem w odpowiedzi: „Bartek, ciesz się, że żyjesz, będzie dobrze”, to wybuchałem.  Zaczynałem się buntować. Coś we mnie krzyczało. Jedyne co mnie mogło uspokoić to aforyzmy i zmęczenie się ćwicząc lub jeżdżąc wózkiem. Nie potrafiłem rozmawiać, nie umiałem słuchać, bo cały czas myślałem o swojej przyszłości. Co ona mi przyniesie? Choć kości się nie zrastały, ja fizycznie czułem się coraz lepiej, ale psychicznie sięgałem dna. Nie bałem się do tego przyznać. Szukałem pomocy. Mama zaproponowała wizytę u psychiatry, a ja się zgodziłem. Psychiatra, oprócz przepisania środków na uspokojenie i spanie, bo wciąż miałem z tym problem, zalecił terapię u psychologa, gdyż stwierdził u mnie PTSD (zespół stresu pourazowego) i głęboki stan depresyjny. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest ze mną tak źle.

„Rozpacz jest upadkiem, z którego trzeba powstać.”

– ks. Jan Twardowski

Pożegnanie.

Chciałem wstać. Chciałem czuć się lepiej. Postanowiłem, że muszę zamknąć za sobą drzwi tego, co się stało i pogodzić się z tym, jakie konsekwencje poniosłem. Uznałem, że muszę pożegnać się z moim bieganiem. Pojechałem wózkiem na wspomniany przejazd kolejowy, który był oddalony od mojego domu o kilkaset metrów. Podjazd był dla mnie wyzwaniem, ale byłem już na tyle silny, że wybrałem się sam. Dlaczego tam? Bo to miejsce dla mnie wyjątkowe, to z tego miejsca rozpoczynałem swoje pierwsze kroki biegowe, z tego miejsca widziałem polną drogę, którą biegałem setki razy. Sam przed sobą zrobiłem podsumowanie. Wszystkie najlepsze chwile spędzone w biegu, najbardziej udane starty, wszystko co zawdzięczałem mojemu bieganiu (a było tego bardzo dużo), myśli kłębiły mi się w głowie. Wszystko miało mówić na korzyść, że niby zrobiłem już wszystko, że jestem spełnionym biegaczem, bo przecież na początku biegałem szybko 100m, a kilka lat później pobiegłem maraton w debiucie poniżej 3h. Miałem swoje sukcesy, miałem swoje 5 minut i nic nie poradzę, że  los tak chce, że w wieku 23 lat muszę się żegnać się z bieganiem, mimo, że przyrzekałem przed samym sobą i nie tylko, że biegam zawsze do końca, nawet do końca życia. Widocznie tak miało być. To nie było łatwe pożegnanie. Wiesz jak się czułem? – jakbym żegnał się z jedną z najważniejszych rzeczy w życiu. I wiesz co sobie uzmysłowiłem? – że, „moje bieganie” to coś, co kochałem naprawdę w swoim życiu i to nie było zauroczenie, to była miłość. Przeszło wiele prób ognia,  bo było ze mną zawsze, w najgorszych chwilach, uczyło mnie radzenia sobie z trudnościami, przełamywało ograniczenia, dawało siłę, dawało odpowiedzi, bo przecież ilekroć coś mnie trapiło, to wystarczyło wyjść pobiegać i zadać sobie kilka pytań, a odpowiedź, czy decyzja pojawiała się nim wróciłem do domu. To przecież coś, o co walczyłem od najmłodszych lat, kiedy chorowanie uniemożliwiało mi bieganie jak rówieśnicy. Stałem na tym przejeździe ponad godzinę. Patrzyłem na moją drogę, wspominałem i jak to bywa przy trudnych pożegnaniach, nie obyło się bez uronienia łzy.

DSC00021

Bieganie było dla mnie naturalne jak oddychanie, a ja postanowiłem z tego zrezygnować. A wiesz co się dzieje kiedy człowiek przestaje oddychać? – Dusi się. Dusiłem się po cichu. Próbowałem panować nad tym i każdą myśl związaną z bieganiem wypierałem trochę na siłę, bo wszystko było na siłę, bo  czułem, że tak trzeba. Dziś wiem, że wypierając coś na siłę, możesz spodziewać się, że to wróci prędzej czy później, ale ze zdwojoną siłą. Wtedy się tego nie spodziewałem i to co się działo ze mną, było dla mnie niewytłumaczalne.

Co się ze mną działo? Jak „moje bieganie”, próbowało coś mi powiedzieć? O tym w części nr 14. A w niej wiele przełomów i pozytywnych wydarzeń! Zapraszam i dziękuję, że jesteś ze mną.


PODZIEL SIĘ