MentalRunner

#FeiferTrenuje

Część 12. Trzeba żyć dalej.

3421884476_4fe244cd66_b

A teraz trzeba żyć. 

Mój transport do Poznania, gdzie miałem mieć operowane złamania, przedłużył się o 2 tygodnie. Po operacji, przez 3 dni, non stop spałem i nie mogłem tego kontrolować. Przez 7 dni nic nie jadłem. Nigdy w życiu nie byłem tak słaby fizycznie. Cały czas na środkach przeciwbólowych, cały czas na kroplówkach, a jedyne co mogłem mieć w ustach oprócz wody to cukierki, które smakowały wtedy bardzo wyjątkowo. Z nosa wychodziła mi rurka nazywana „sondą”, jeden z jej końców był umieszczony w żołądku, a drugi w pojemniku na zewnątrz – bardzo nieprzyjemne uczucie. Zostałem rozcięty od podbrzusza do 3 cm za pępkiem. Z prawej strony brzucha wystawały mi tzw. „dreny”, a było ich 2 lub 3 i miały za zadanie oczyszczać ranę od środka. Pominę kwestię cewnika i sposobu wydalania, bo jednak był to dla mnie problem.

    Są w życiu chwile, gdy myśli się, że jest tak źle, iż już gorzej być nie może. Wtedy właśnie okazuje się… że jednak może.

— Rafał Kosik

Po dziewięciu dniach dostawałem do jedzenia papkę zwaną „kleikiem”, zupki i biszkopty. Ciągle leżałem nieruchomo tylko na plecach, bez możliwości obracania się i podnoszenia. Pomoc rodziny była mi bardzo potrzebna, ciągle ktoś był przy mnie, pomagali mi się najeść, przebierali mi piżamę, robili prowizoryczne mycie ciała i włosów. Wszystko odbywało się na łóżku szpitalnym. Nadal  najmilszym wspomnieniem  dla mnie jest masaż stóp, który robiła mi kuzynka i żona mojego kuzyna. Po tygodniu od operacji nie mogłem już spać i przyszedł czas na bezsenność.  Zaczynałem zdawać sobie sprawę z tego, co się stało, co się dzieje, zaczynałem myśleć co ze mną będzie, co z innymi.  Co z bieganiem,  co z pracą, co z moimi studiami.  Musiałem brać środki nasenne, które nie wiele pomagały. Oprócz bólu fizycznego, który słabł, dochodził do głosu ból psychiczny, który rósł z dnia na dzień. Podejmowałem z nim walkę, dopóki ktoś był ze mną, zajmował się mną, rozmawiał, odwracał moją uwagę, to było pozornie wszystko ok. Jednak kiedy nadchodziła noc i zostawałem sam, głos wracał i wprowadzał mnie w stan, który miał tylko jeden finał. Płacz.

Kiedy poczułem się na tyle silny, aby trzymać cokolwiek w ręku, poprosiłem mamę o dzienniki treningowe, w których na tylnych stronach znajdowały się moje zebrane aforyzmy, sentencje. Czułem, że to już ten moment, że czas sięgnąć po to, co zawsze stawiało mnie do pionu, po to co zawsze dawało mi odpowiedzi, znaki, wskazywało drogę i pomagało w podejmowaniu lepszych decyzji. Straciłem swoje siły na wszystkich poziomach życia. Miałem świadomość, że mogę je odzyskać i chciałem tego, bo zawsze wychodziłem z opresji, zawsze sobie radziłem. Jednak ta sytuacja, w jakiej byłem obecnie,  zdawała się być dużo większym wyzwaniem, która przerastała mnie. Bo wystarczyło zadać sobie pytanie: „dlaczego spotkało to mnie? dlaczego teraz? czym sobie zasłużyłem?” Po chwili, dochodziła myśl:  „Żyjesz! ciesz się!” i tak w kółko. Bez rozwiązania. Czułem, że mój doskonały plan na życie jaki miałem, zaczyna się oddalać, a ja nie chciałem go tracić z oczu i nie godziłem się z tym. Nie działało na mnie pocieszanie, wielokrotnie słyszane: „będzie dobrze”. Aforyzmy? – czytałem. Jednego dnia podnosiły mnie, dodawały nadziei, drugiego złe samopoczucie ściągało mnie znów w dół. Jednego dnia traciłem w nie wiarę, a drugiego znów po nie sięgałem i szukałem odpowiedzi od nowa. W pewnym momencie uznałem, że nie sprawdzają się, że nie w tej sytuacji. Jednak to nie był jeszcze właściwy czas. Były w głowie, ale ja jeszcze nie byłem gotów na ich lekcje.

DSC00049

Poniedziałek, 11 lipca 2011. Przetransportowano mnie do jednego z poznańskich szpitali.

Trafiłem na oddział chirurgii urazowej. Profesor, który był ordynatorem tego oddziału zapoznając się z dokumentacją medyczną stwierdził, że nie jest dobrze i nie ukrywał swojego niezadowolenia z powodu długiego upływu czasu od momentu złamania, aż do przewiezienia mnie do niego i złamanie uznał za zastarzałe. Niestety inaczej nie mogło być, nieplanowana operacja ratująca życie była ważniejsza. Operację zaplanowano na 13 lipca, a cały mój pobyt na około 9 dni. Była ze mną mama. Do szpitala od domu miała 100 km, a więc dojazd nie wchodził w grę. Zamieszkała u rodziny mojego znajomego w Poznaniu, co umożliwiało jej pomoc mnie, a mi dodawało sporo poczucia bezpieczeństwa i wsparcia. Nie wyobrażałem sobie, żeby kogoś nie było przy mnie, bo coraz więcej było we mnie strachu przed operacją, przed przyszłością. Przyszedł czas na operację. Tylko myśl o tym, że to konieczność, że muszą mnie poskładać, nie pozwoliła mi się rozpłakać. Pamiętam tylko przygotowanie do operacji i asystentki przygotowujące sprzęt i blaszki, które znalazły się później w mojej miednicy. Operacja trwała 3 h, a ja obudziłem się po 6 godzinach na sali pooperacyjnej. Jeszcze nie przestały mnie boleć blizny po pierwszej operacji, a tu już kolejne rany. Byłem słaby i obolały. Nie mogłem kaszleć i  śmiać się – i tak zbyt wiele powodów nie miałem ku temu. Straciłem chyba dużo krwi, bo oprócz kroplówki wisiał nade mną worek z krwią. Pojawił się ból. Tak jak do czasu operacji,  złamanie było nieodczuwalne, tak teraz dało o sobie znać. Zwiększono mi dawkę leków przeciwbólowych i ból był do zniesienia. Opatrunek miałem na pół brzucha i pleców. Po tej operacji wyznaczono mi datę powrotu do domu na 21 lipca. Z jednej strony cieszyłem się, że najgorsze mam już za sobą, koniec z krojeniem mnie i że teraz będzie łatwiej, że wytrwam. Jednak moje cieszenie się było tylko we mnie i to bardzo głęboko, trudne do okazania. Na wierzch wychodziło to, co nie dawało spokoju, co po cichu niszczyło mnie od środka – lęk, przerażenie, obawy o niepewnej przyszłości, pytania bez odpowiedzi.

    Żadne tzw. problemy ludzkie nie dadzą się rozwiązać. One są tylko po to, aby je przeżyć.  

A to właśnie jest najtrudniejsze.

— Anna Kamieńska

18 lipca miałem badanie kontrolne tomografem komputerowym i okazało się, że jest coś nie tak. Operacja nie udała się tak, jak to zaplanowano. Na trzy dni przed wypisem ze szpitala dowiedziałem się, że jest konieczna kolejna operacja. Myślałem, że już niżej w skali cierpienia psychicznego zejść nie mogłem, a jednak mogłem. Uwierz mi, miałem dosyć i nie zgadzałem się na jakąkolwiek operację. Uparłem się i nie chciałem nikogo słuchać z nikim rozmawiać. Lekarze używali argumentów, które jednak z czasem zadziałały na mnie. „Będziesz miał jedną nogę krótszą”, „nie będziesz normalnie chodził”, „będziesz utykał na jedną nogę” itp. Byłem nieprzyjemny dla wszystkich. Nawet dla swojej mamy, ale kiedy wychodziła ode mnie, to zaczynałem pękać i płakać, bo nie radziłem sobie z tym. Dzień  przed operacją załatwiono mi kontakt z Panią psycholog z jednostki, w której służyłem. To nie była łatwa rozmowa, nie szło ze mną rozmawiać, byłem w niezłej rozsypce i z tego co pamiętam to tylko szlochałem do słuchawki.

21 lipca operacja poprawkowa.

Czekałem od rana, aż po mnie przyjdą, a raczej modliłem się, aby nie przyszli, żeby przyszli jak najpóźniej, aby zapomnieli lub żeby przełożyli operację na inny dzień. Jednak przyszli.  Lekarze zastanawiali się nad narkozą, gdyż byłaby to już trzecia narkoza w ciągu miesiąca. Salowe zabrały mnie na blok, gdzie znów leżałem chwilę i nim dostałem narkozę, słyszałem jak asystentka szykuje sprzęt, wyciąga kolejną blaszkę i śruby. Obudziłem się chwilę po operacji. Dostałem mniejszą dawkę narkozy, to pewnie dlatego nie spałem cały dzień jak wcześniej, a szczerze wolałbym spać jak najdłużej. Mama gdy mnie zobaczyła przeraziła się i  z jej opowiadań wynika, że wyglądałem naprawdę bardzo kiepsko. Znów straciłem sporo krwi i tym razem nade mną wisiały już krew z osoczem oraz kroplówki z lekami przeciwbólowymi, które tym razem nie działały. Ból nie pozwalał mi zasnąć. Doprowadzał mnie do drgawek, a najbardziej pamiętam, jak drżała mi szczęka i pojękiwałem po cichu przeklinając. Doświadczyłeś kiedyś bólu, który przekracza granice wytrzymałości? Myślałem, że już znam ból, że Maraton Komandosa, który opisywałem wcześniej, uzbroił mnie w wytrzymałość, ale teraz ten fakt został zweryfikowany. Tej samej nocy, po operacji, wzywałem pielęgniarkę i prosiłem ją o pomoc. Była bezradna, bo już dostawałem silne środki, ale przyniosła mi ostateczność – morfinę. Pierwsza dawka około godziny trzeciej, po której przyszła odczuwalna ulga i stan, którego nie rozumiałem. Nie wiedziałem czy śpię, czy nie śpię. O 6 nad ranem puściło i znów drżałem i pojękiwałem z bólu. Dostałem drugą dawkę i zasnąłem na 2h. Obudziłem się, mama była już obok mnie. Wszystkich niepokoiła wysoka gorączka, która utrzymywała się od operacji. Organizm walczył z ciałami obcymi w mojej miednicy i dwukrotne otwarcie mojego stawu zrobiło swoje. Gorączka nie opuszczała mnie przez 6 kolejnych dni, a w raz z tym moje wyjście do domu odsuwało się w czasie.

6204696262_aa18a20c8e_b

25 lipca pierwszy raz podniesiono mnie z łóżka.

Po ponad miesiącu oderwałem się od łóżka i siedziałem na nim ze spuszczonymi nogami. Pomagał mi rehabilitant, bez którego pomocy nie utrzymałbym się nawet przez chwilę. Byłem wiotki i tak słaby, że przytrzymując się dwoma rękoma poręczy kręciło mi się w głowie. To było wielkie wyzwanie dla mnie, które kosztowało wiele sił. Przekonałem się przy tym, jak choroba i szpital wyssała ze mnie siłę. Jednak cieszyłem się prawdziwie, byłem szczęśliwy, tak prosta czynność jaką jest siedzenie sprawiała mi tyle szczęścia, że chwilę po tym obdzwoniłem całą rodzinę. Dzień później, 26 lipca, rehabilitant wsadził mnie na wózek. Uczucie szczęścia było nie do pohamowania, popłakałem się i znów postanowiłem wszystkim o tym powiedzieć. 27 lipca  gorączka odpuściła, a ordynator zadecydował o moim powrocie do domu.

 „W chwili gdy najmniej się tego spodziewamy, życie stawia przed nami wyzwanie, by sprawdzić naszą odwagę i gotowość na zmiany.”

– Paulo Coelho

Rehabilitant pokazał ćwiczenia, jakie mam wykonywać z pomocą innych. Nie mogłem się doczekać kiedy zacznę jej robić. Przyjechali rodzice. Aby zabrać moje rzeczy. Mnie transportowała karetka. Z wypisem przyszedł lekarz, który  wykonywał ostatnią operację. Czas zadać pytania, na które do tej pory nikt mi nie odpowiadał. Zapytałem go co z moim bieganiem? Co z pracą? Co z dalszym studiowaniem wychowania fizycznego? Był przygotowany na rozmowę, bo rodzice już mu o mnie wszystko opowiedzieli. Długo nie czekając odpowiedział: „Byłeś żołnierzem, to musisz być twardy i nie będę owijał w bawełnę – z bieganiem niestety koniec! Musisz dać sobie spokój, bo jak będziesz chciał wrócić, to możesz się rozsypać i znów przechodzić przez kolejne operacje. Zacznij lepiej uprawiać nordic walking, albo rower – turystycznie, po górach możesz sobie też pochodzić. Co do pracy, to niestety podobnie, bo jako żołnierz zawodowy musisz być sprawny, żeby zdać W-F i przejść komisję lekarską. Pomyśl o innej pracy. Na pewno coś znajdziesz, młody jesteś. Studiować możesz, ale nie wychowanie fizyczne. Zmień kierunek na turystykę i rekreację, bo też jest fajny.” Na koniec usłyszałem, że czeka mnie w przyszłości endoproteza stawu biodrowego (sztuczny staw). Co mogłem zrobić po tym co usłyszałem ? – popłakałem się. Nic nie mówiłem, chciałem jak najszybciej wrócić do domu, niby cieszyłem się, że wychodzę, ale w głowie miałem cały czas jego słowa. Nim wyjechałem ze szpitala powiedziałem rodzicom, że nie uwierzę w to, że nie będę już biegał, dopóki nie powie mi to trzech innych specjalistów. Nie kontynuowali rozmowy. Transport przyjechał po mnie. Wracam do domu.

Co było dalej? Cześć nr 13 opowie o tym. Nie będzie już o bólu fizycznym, będzie o tym co działo się w głowie, jak walczyłem z samym sobą.

4 Comments

  1. Czekam na ciąg dalszy !!!

  2. Czekam z niecierpliwoscia!

  3. Free knowledge like this doesn’t just help, it promote derccmaoy. Thank you.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 MentalRunner

Theme by Anders NorenUp ↑