MentalRunner

#FeiferTrenuje

Część 11. „To nie jest ko­niec, to na­wet nie jest początek końca, to do­piero ko­niec początku.” Winston Churchill

8715619020_86cee9622e_b

23.06.2011. 

Impreza zaliczana do jednych z gorszych. Prawdę mówiąc, nie miałem na nią ochoty i czułem, że pojechałem na siłę, aby udowodnić sobie, że potrzebuję odskoczni od treningu i że świętowanie zaległych urodzin jest mi potrzebne i jest dla mnie ważne. Może innym też chciałem coś tym pokazać?! Nieważne. Wracamy do domu. W głowie tylko jedno – jak najszybciej się położyć spać i odpocząć. Przyjechałem jako pasażer i tak też wracam. Zawsze to ja byłem kierowcą wszystkich, bo zawsze trening, zawsze jakieś zawody. Dziś wyjątkowo miało być inaczej. Siadam z tyłu z Kamilą, zapinamy pasy. Z przodu Kuba (mój kolega), za kółkiem jego młodszy brat Błażej. Chcąc wykorzystać każdą chwilę na odpoczynek, zamykam oczy i odchylam głowę do tyłu. Ruszamy w kierunku domu.

Godzina 03:15

Kilka minut później, kilka kilometrów za Lesznem nasz kierowca zasypia na sekundę i wszystko, co się dzieje jest już nieodwracalnym ciągiem wydarzeń. Zmieniliśmy pas jazdy, przelecieliśmy przez rów, uderzyliśmy w drzewo i, jak dla mnie nadal w niewyjaśniony sposób, wróciliśmy na jezdnię. Miałem wrażenie, że koziołkowaliśmy, bo moje ciało obijało się w aucie jakby na moment przestała działać na nie siła grawitacji, a jednak do niczego takiego nie doszło. To było kilka sekund. Pamiętam krzyk, uderzenie i chwilową ciszę. Później szok, pierwsza myśl: co się wydarzyło, paniczne poczucie, aby jak najszybciej opuścić auto, bo w powietrzu wyczuwałem dym. Kuba sprawiał wrażenie nieprzytomnego, Błażej bez problemu wysiadł i zabrał swojego brata z auta, udając się na pobocze. Ja i Kamila uwalnialiśmy się z pasów i z trudem otworzyliśmy drzwi. Kamila wypada z jednej strony auta, a ja, z wrażeniem nieczucia prawej części ciała, wychodzę z drugiej. Auto stoi w poprzek jezdni, niemal na samym środku. Przytrzymując się auta, próbuję dojść do Kamili, aby sprawdzić co z nią, dochodzę do tyłu auta i widzę, że z przeciwka nadjeżdża auto. Nie myślałem, że nas można nie zauważyć, podtrzymując się jedną ręką, macham z nadzieją, że nas dostrzeże. Zbliżał się wprost na nas z niebezpieczną prędkością. Krzyczę, macham robię krok do przodu i aktywuję drugą rękę, ale było za późno. W ostatniej chwili kierowca wykonuje manewr skrętu, jednak z dużą siłą uderza w tył auta, gdzie się znajduję. Siła uderzenia przemieszcza auto, sięga mnie jedną stroną. Chwilę później odzyskuję świadomość. Już nie mogę wstać. Czołgam się do Kamili, aby sprawdzić co z nią. Czekamy na pomoc. Proszę mojego anioła – moją babcię – aby nic już nam się nie stało. Proszę Boga, żeby zostawił nas przy życiu, modliłem się, żeby to nie było jeszcze teraz. Prosiłem o życie. Pomoc dotarła szybko przykryto nas kocami, wezwano karetki. Z rany na głowie sączyła mi się krew. Podejrzewali uraz kręgosłupa, założyli kołnierz, podawali tlen i leki na uspokojenie, bo byłem cały czas w szoku. Jechałem jako ostatni.

Oddział ratunkowy. 

Seria badań. Dwukrotnie usg, tomograf i prześwietlenia. Diagnoza: złamany talerz miednicy, złamana panewka stawowa, głowa kości udowej i uszkodzony kręgosłup w odcinku piersiowym. Szok nie mijał, cały czas byłem świadomy (tzn tak mi się wydaje). Poprosiłem o telefon, abym mógł poinformować rodziców. Zadzwoniłem sam. Mama była w pracy i jechał do mnie tata. Cały czas pytałem, co z resztą, w odpowiedzi słyszałem, że mam się cieszyć, bo ja wyszedłem z tego najlepiej. Nie pomagało mi to, a raczej pogłębiało poczucie winy, które pojawiło się szybko. Przyjechała policja, sprawdzili czy byłem trzeźwy – byłem. Pytali dlaczego ja nie kierowałem lub Kamila? Nic nie odpowiedziałem. Nie kryli swego zdziwienia faktem, że mieliśmy zapięte pasy, a robiąc swoją notatkę jeden z nich powiedział pod nosem, że rzadko jadą do takiego zgłoszenia i mają przyjemność rozmawiać z żywymi ludźmi, bo nie często się zdarza, że ktoś wracając z imprezy ma zapięte pasy bezpieczeństwa siedząc z tyłu. I że gdyby nie te pasy, to nie żylibyśmy  po takim uderzeniu. To się działo naprawdę. Takich słów się nie zapomina, mimo sytuacji, chaosu, szoku.

Mieć swojego anioła. 

 Ze względu na charakter obrażeń przewieziono mnie na ortopedię. Nie zdawałem sobie sprawy, co mi jest i jak poważne są moje złamania. Szok odpuszczał. Podawano mi silne leki przeciwbólowe. Przysypiałem. Po kilku godzinach przyjechała mama. Pytam ją co z resztą, a ona mówi, że Jakub z Kamilą są już po operacjach i są na chirurgii. Błażejowi nic poważnego się nie stało, ma uszkodzone kolano i nadgarstek. Przyszedł do mnie ordynator i powiedział, że w tym szpitalu nie podejmą się operowania mnie, gdyż złamania są zbyt poważne. Następnego dnia miałem być już transportowany do jednego ze szpitali w Poznaniu. Zaczynałem zdawać sobie sprawę, że nie jest tak dobrze jak myślałem, zaczynałem myśleć o sobie. Zaczynałem zadawać pytania. Na ile są poważne moje obrażenia? Czy będę mógł biegać? Odpowiedzi nikt mi nie był w stanie udzielić lub też nie chciał. Dostawałem silne leki przeciwbólowe, obok była mama i zaczynało się dziać coś dziwnego – mój brzuch falował, mój brzuch rósł jak balon. Nie widziałem go, bo miałem kołnierz, który ogranicza pole widzenia. Myślałem, że to silne leki mieszają mi w głowie. Mogłem spożywać tylko wodę. I dalej działy się dziwne rzeczy. Po każdym spożyciu wody odnosiłem wrażenie, że trafia ona nie tam gdzie powinna, że coś jest nie tak. Mama długo nie czekała i poszła prosić o konsultację lekarza. Lekarz jednak nie przychodził. Zaczynałem czuć się gorzej. Moje odczucia nasilały się. Mama raz jeszcze była się przypomnieć się. Czekaliśmy, a lekarz nie przyszedł. Odpływałem powoli, traciłem świadomość i pamiętam tylko, bezradność i zdenerwowanie mamy, która nie wytrzymała w tym stanie długo i wyszła z sali, aby po chwili przyprowadzić, niemal siłą, lekarza z oddziału chirurgicznego. Jak traciłem świadomość, tak szybko ją odzyskałem, a na pytanie mamy: „Bartek pamiętasz tego lekarza?”, odpowiedziałem tylko jeszcze większą bladością, wystraszoną miną, robiąc przy tym wielkie oczy i nie wypowiadając ani jednego słowa. Pamiętałem go doskonale. Dlaczego? Bo dokładnie 2 stycznia 2011, czyli ponad pół roku wcześniej, w tym samy szpitalu, na oddziale chirurgicznym, właśnie ten Pan doktor nie uratował mojej babci. Babci, której dedykowałem cały mój rok biegowy, każdy sukces, każdą minutę treningu, każdy kilometr, bo była moim najwierniejszym fanem, która ze łzami w oczach witała mnie kiedy wracałem z zawodów z pucharem, dyplomem, medalem. Była ze mnie dumna i nie kryła tego. Jedyna osoba w domu, z którą rozmawiałem o aforyzmach, czytała je, a nawet miała swoje. Jak wspomniałem była i jest moim aniołem.  Kiedy leżałem na asfalcie i czekałem na pomoc pytałem ją, czy to już teraz? Czy przyszedł mój czas? Czy też jest moim aniołem, który mnie uratuje?

Doktor nie czekał długo i zabrał mnie na badanie usg, które trwało krótko, nagle wstał, wyszedł i wrócił z mamą, a ja usłyszałem, że muszę być szybko operowany, bo sytuacja jest poważna. Kontaktowałem już słabo, nie pamiętam już nic oprócz przebudzenia po operacji. Wybudziłem się. Byłem zdezorientowany i nie wiedziałem, gdzie jestem i co się stało. Zwymiotowałem narkozą i odkrztuszając uszkodziłem ranę operacyjną, która znajdowała się pod dużym opatrunkiem na brzuchu. Była już noc. Lekarz, który mnie operował wraz z pielęgniarką zajęli się mną. A kiedy wychodził powiedział coś, o czym zapomnieć nie mam szans: „napędziłeś nam niezłego stracha, gdybyś został na ortopedii do rana, to jutro byś się nie obudził. Dziękuj swojej mamie, że tak zawalczyła.” Zastanawiasz się dlaczego lekarz nie przychodził do mnie, kiedy mama prosiła o wizytę? Bo pielęgniarki uznały, że jestem nadal w szoku, a mama jest przewrażliwiona. Instynkt matki nie zawiódł. Mój anioł nade mną czuwał. A lekarz, który nie uratował babci, wraz z moją mamą uratował mnie. Czy myślisz, że to wszystko to przypadek?  A co jeśli powiem Ci,  że moja babcia zmarła w skutek pękniętego jelita i  rozległego zapalenia otrzewnej, a teraz zgadnij co zdiagnozowano u mnie? – tak, dosłownie to samo.

Życie vs. Śmierć.  3 x życie. 

To wszystko wydarzyło się w jednym dniu. Trzy okazje, aby…stracić życie i trzy razy udane odparcie ataku na nie. Zapięte pasy bezpieczeństwa to raz. Reakcja, w ostatniej chwili, kierowcy auta pędzącego na nas, to dwa. I mama ratująca mi życie, kierując się instynktem, to trzeci raz. Nigdy nie bałem się tak o życie innych i swoje, jak tego dnia. Przekonałem się, jak życie ludzkie potrafi być kruche. Jak jedna chwila przenosi nas z raju do piekła. Jak jedna chwila sprawia, że zaczynasz myśleć o nim inaczej, doceniać je. Ale żebym mógł cieszyć się tym życiem w pełni, czekała mnie jeszcze długa droga, na  której nie zabrakło  ostrych zakrętów, wzniesień, dolin, upadków i przeszkód, które wydawały się nie do pokonania.

Ciąg dalszy już w kolejnej części nr 12, na którą zapraszam Cię już dziś.


Jeśli podobał Ci się ten tekst…

Podziel się z innymi i udostępnij dalej.

1 Comment

  1. Czytam i mam ciarki za każdym razem

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2018 MentalRunner

Theme by Anders NorenUp ↑