16740795515_305a3bd981_k

„Za każdym triumfem kryją się nowe wyzwania.”

– Masutatsu Oyama

Gotowy? – to biegniemy dalej 🙂 Sprawdźmy czy udało Ci się domyślić, co moi wojskowi wuefiści mi zaproponowali. To znaczy – to nie była propozycja – w wojsku są rozkazy. Już raz się o tym przekonałem 😉 Bieg patrolowy. Słyszałeś może o czymś takim? Mogłeś nie słyszeć  bo to mało popularne w cywilu. W wojsku jest znaczącą się konkurencją, na którą składają się 3 zadania. Bieg w przełaju (mundur i buty wojskowe), tor przeszkód OSF (ośrodek sprawności fizycznej) tzw „małpi gaj” i na koniec strzelanie z pistoletu do tarczy. Wszystko jest punktowane,  wykonywane ciągiem – każda konkurencja następuje po sobie bez przerwy. Początkowo z oporami, ale zgodziłem się, bo chyba i tak nie miałem wyjścia. Bieg przełajowy wskazywał, że mogę wypaść dobrze, ale cała reszta leżała. Nigdy nie strzelałem z broni krótkiej, bo etatowo zawsze karabin, ale to nie był największy problem. Problemem był OSF. Nasza jednostka nie dysponowała takim obiektem i nie było gdzie trenować, nigdy nie miałem nawet okazji ćwiczyć na takim torze. A uwierz mi jest to totalny hardcore. Tego bałem się najbardziej. Słyszałem co się dzieje podczas treningów i zawodów np. jeden zawodnik się połamał, drugi wybił zęby i tym podobne historie. Ewidentnie nie leżał mi ten typ zawodów.

Przygotowania ruszyły. Zaczęliśmy trenować tylko bieg w mundurze i butach. Dobiegaliśmy na strzelnicę, gdzie było już wszystko gotowe, wbiegliśmy i na zmęczeniu oddawaliśmy strzały. Kilka dni treningu i wychodziło całkiem dobrze. Ale co z tym OSF? Całe szczęście dostaliśmy informację od jednostki organizujące mistrzostwa, że tor przeszkód jest w remoncie (bo miesiąc później odbywają się Mistrzostwa Wojska Polskiego) i na czas naszych Mistrzostw Dywizji zostaną przeprowadzone tylko dwie konkurencje biegu patrolowego: bieg przełajowy i strzelanie. Ufff, co za ulgę poczułem. Jaki byłem szczęśliwy, że będę miał ręce i nogi całe. Wiedziałem, że będzie to mój debiut i słyszałem, że są chłopcy, którzy trenują tę dyscyplinę cały czas. Jedynymi słowy, jechałem na te mistrzostwa zobaczyć o co chodzi, bez nastawiania się na jakieś super miejsca, awans itp. Nawet przyznam się, że nie chciałem wypaść dobrze. Nie czułem tej konkurencji i wolałem swoje dotychczasowe bieganie. Gdyby nie poszło mi dobrze, to wuefiści odpuściliby mi i mógłbym skupić się na swojej robocie. Planowałem taki mały sabotaż 😉

„Małe szanse są często początkiem wielkich przedsięwzięć.”

– Demostenes

10 maja 2011. Pojechałem na Mistrzostwa Dywizji w Biegu Patrolowym.

Startowało się w parach. chyba było ich  30 kilka. Na pewno ponad 50 osób.  Pamiętam, że byłem gdzieś na końcu. Niby na luzie, bo debiut, ale strach był. W skrócie – pobiegłem  dosyć mocno. Było bardzo ciepło, mundur nie sprzyjał, buty zapadały się w piaszczystej trasie, która wiodła na poligon i strzelnicę. 3km z średnią 3:30/km i teraz…strzelaj na skupienie 🙂 Chwyciłem pistolet próbowałem zapanować nad oddechem, uspokoić rękę, ale czas leciał. Z boku padła podpowiedź, żebym długo nie czekał, bo wykręciłem 1 lub 2 czas z wszystkich startujących – mam strzelać szybko, bo celne strzały nie są tak cenne jak sekundy biegu. Wystrzelałem wszystko bez wielkiego przymierzania i…i nie trafiłem nic 🙂 W wojskowym żargonie ustrzeliłem same muchy 😉 Ostatecznie zająłem 8 miejsce. Nie spodziewałem się tego, mój plan sabotażu nie wypalił, bo chwilę po biegu dostałem „rozkazo-propozycję” dołączenia do ekipy trenującej na Mistrzostwa Wojska w Biegu Patrolowym i kilka dni później trenowałem już na zgrupowaniu. A na zgrupowaniu to wiesz, same nudy: trening, jedzenie, spanie i tak w kółko. Ale nie da się ukryć, lubiłem te zgrupowania. Całkowicie skupiony na treningu i był w tym sens. Na weekendy wracałem do domu i jechałem trochę postudiować. Tak przez 2-4 tygodnie. Ok, co z moim startem docelowym na ulicy?

064

14 maja 2011. Bolewice, start na 10km. 

Kilka dni wcześniej w moim dzienniczku odnotowałem: „ból nogi w okolicy kolana”. To było dokładnie 2 dni po biegu patrolowym. Dziś w dniu zawodów, ta sama notatka, ból znośny i po rozgrzaniu nie sprawia większych problemów. Staję na starcie. Totalnie bez nastawienia. Co będzie to będzie. Dlaczego takie podejście? Bo  dzień wcześniej miałem egzamin roczny z WF.  Każdy żołnierz musi go przejść i akurat musiał wypaść na dzień przed tym biegiem. Jak najwięcej brzuszków w dwie minuty + podciąganie się na drążku + bieg wahadłowy i na deser bieg na 3km, który pobiegłem w 9:42 – tak mówi mój dziennik. Ale to nie wszystko,  mówi jeszcze, że po tym egzaminie pobiegłem jeszcze raz na „trójkę” w 9:40, zrobiłem schłodzenie lekkim biegiem kończąc wszystko około godziny 12:00. Mało tego notatki mówią, że o 19:30 zrobiłem spokojne  8km rozbiegania już w domu. Bolewice to mała miejscowość koło Nowego Tomyśla, położona niedaleko autostrady A2.  To była pierwsza edycja tego biegu, bez nagród finansowych, bez gwiazd. W sumie spodziewałem się tego. Po rozgrzewce noga nie dokuczała już tak mocno, słońce grzało tego dnia, zdecydowałem się na bieg w czapce, a zdarza mi się to bardzo rzadko. Po pierwszy kilometrze biegłem już sam. Jak zawsze z prędkością większą od zakładanej. Następny kilometr tak samo, czyli 3:22/km. Czułem moc. Albo fakt, że prowadziłem samotnie bieg, albo wczorajszy egzamin połączony z  mocnym treningiem tak zadziałał. Wygrałem ten bieg. Nie ścigałem się z nikim, oprócz siebie i czasu. Do samego końca utrzymałem średnią 3:24/km. Zatrzymuję czas na garminie, a tu 32min! Zaczynam się śmiać, organizatorzy się podniecają, że taki czas wykręciłem, mówią coś do mnie, gratulują, a ja w pośpiechu sprawdzam dystans, czy  kilometry się zgadzają i…nie, nie zgadzają się. Zabrakło około 400m-450m  do pełnych 10km. Organizator się sprzeczał, że to niemożliwe, bo trasa była mierzona 2 razy. Ja wiedziałem, że nie byłem w stanie pobiec 10km w 32 min, ale nie dyskutowałem z nim, bo trasa i tak nie miała atestu 🙂

„Życie nabiera sensu wtedy, gdy motywujesz się, wyznaczasz sobie cel i nieustannie za nim gonisz.”

– Les Brown

Następnego dnia zrobiłem dłuższe wybieganie, a w poniedziałek już nic. Noga odmówiła współpracy i postanowiłem dać jej czas na odpoczynek. Pierwsza kontuzja w tym roku. 9 dni bez biegania. Odwiedziłem 2 x basen i saunę. Ból ustał. Po 9 dniach wróciłem do biegania, nieco bez siły, lekko zamulony, ale wracałem. Kilka lekkich wybiegań i pojechałem sprawdzić formę na 10km. do Janowca Wlkp. Było ciepło, biegło się ciężko. Pobiegłem 34:57. Dało mi to 8 miejsce open i 2 w kategorii. Nie liczyłem na to, tak jak na super czas, czy chociaż poczucie mocy jak w Bolewicach. Bałem się, że to był jednorazowy przypadek, że po prostu byłem w najlepszej dyspozycji tego dnia i zagrały wszystkie czynniki, jakie są potrzebne do osiągania szczytu możliwości. Trzeba było trenować dalej. Następnego dnia wróciłem na zgrupowanie, wrócił cykl treningów 2 x dziennie. Jak się okazało nie musiałem pojechać na Mistrzostwa w Biegu Patrolowym, bo byli lepsi zawodnicy, a ruszały już następne przygotowania do imprezy, która była dla mnie priorytetem i motywowała mnie do ciężkiej pracy. To były Mistrzostwa Wojska Polskiego w Biegach Przełajowych. Miały odbyć się w Lesznie, po trasie, na której wywalczyłem Wicemistrzostwo Dywizji. Dostałem polecenie wyjazdu, rozkaz i pojechałem. Z jednostki w Żaganiu do jednostki w Lesznie, gdzie odbywało się kolejne zgrupowanie. Jak myślisz kto był trenerem? – tak, Krzysiek Tumko 🙂 Zaczynałem łapać wiatr w żagle. Powoli wchodziłem na obroty.

IMG_7695

12 czerwca 2011. Wystartowałem w półmaratonie w Grodzisku Wlkp.

Nie chciałem tam biegać, bo upał jest tam zawsze nieznośny, ale zgodziłem się, bo kolega poprosił mnie, abym prowadził mu bieg na 1h 20min. Ogólnie kolega po 10-14km miał już dosyć i wiedział, że plan nie wypali, ja czułem się bardzo dobrze i przyspieszyłem. Skończyłem na 1:18:12 i przy okazji wpadłem na 3 miejsce w kategorii wiekowej 🙂 W dzienniku napisałem, że bieg nie był dla mnie wymagający i dałem z siebie 85%, a  wynik był tylko 40 sekund gorszy od życiówki. Siła rosła. Planowałem kolejne starty kontrolne, czułem się dobrze i byłem pewien, że przygotuję wysoką formę na mistrzostwa, że wrócę na taki poziom, jaki reprezentowałem w kwietniu i maju, a może nawet lepszy. Motywacja rosła,a wraz z nią koncentracja na celu.

file6011266101589 (Copy)

Co ogólnie z moim życiem? 

Byłem na fali pomyślności. Było kolorowo. Wszystko działo się tak jak chciałem. Problemy? Obowiązki? Nie miałem ich wtedy zbyt wiele, a jeśli były, to niewielkich rozmiarów. W wieku 22 lat byłem samodzielny. Od roku miałem dziewczynę z którą mi się układało. Wynajmowałem mieszkanie. Studiowałem i dawałem sobie nieźle radę. Pensja zawsze pierwszego dnia miesiąca.  Robiłem to, co kochałem, lubiłem i musiałem, ale  co wtedy słyszałem od innych? „Ale Ty masz szczęście”, „nieźle Ci się udało”, „żyjesz beztrosko”, „ale wszystko fajnie sobie poukładałeś”, „zazdroszczę Ci tej stabilizacji” itp. I wiesz co? Cieszyłem się. Chlubiłem się tym, aż w końcu podświadomie zaczynałem się bać. Bałem się, że ten idealny plan się posypie, ta pięknie nadmuchana bańka pęknie, modliłem się, żeby tak nigdy się nie stało, nie teraz, kiedy jest tak dobrze, wszystko na swoim miejscu, w dobrym kierunku. Pilnowałem swojego zdrowia. robiłem wszystko, aby uniknąć kontuzji. W niektórych kwestiach przesadzałem. W jednej chwili miotała mną troska i strach, a chwilę później chęć nie spinania się i w tej chwili przypominałem sobie, że mam dopiero 22 lata i powinienem trochę wyluzować.

Dziś jest środa 22 czerwca 2011 roku i własnie zrobiłem bardzo dobry trening na stadionie w Powodowie. Jeden z najmocniejszych w tym roku. Cieszyłem się wzrostem formy. Wracając do domu, dostałem propozycję od kolegi, aby odrobić nasze zaległe urodziny, których uczczenie przełożyliśmy, ze względu na mój start w półmaratonie. Następnego dnia przypadało święto Bożego Ciała. Mojej dziewczynie Kamili nie chciało się jechać, a ja byłem nieco zmęczony po treningu, ale przecież kiedyś trzeba wyluzować i znaleźć czas dla znajomych. Namówiłem ją i pojechaliśmy.

Co było dalej? Poznasz w kolejnej części, która przez chwilę będzie wydawać się ostatnią ze względu na jej przebieg, a myśl, że naprawdę mogła nią być, jest dla mnie największą inspiracją do życia z pasją, jakie prowadzę obecnie. Jest motywacją do prowadzenia tego bloga i dzielenia się z Tobą moją historią. Moja  historia dopiero się rozpoczyna. Zapraszam Cię do części 11.


Jeśli podobał Ci się ten tekst…

Podziel się z innymi i udostępnij dalej. Dziękuję 🙂