Co działo się ze mną od startu w Swarzędzu? Wydawało mi się, że odpoczywam i łapię świeżość. Jednak świadomość, że sezon trwa już od końcówki lutego i mam za sobą kilka mocnych biegów, mówiła mi jedno – czas powoli kończyć! Zmęczenie musiało się kiedyś pojawić. Wiem z doświadczenia, że mój sezon nie może trwać długo, że stać mnie na krótką serię biegów na najwyższym poziomie i później forma drastycznie potrafi się obniżyć. Przede mną były jeszcze dwa starty – Sztafeta XLPL EKIDEN w Poznaniu, gdzie miałem do pokonania 9,8km na pierwszej zmianie i bieg u siebie – Wolsztyńska Dziesiątka. Wszystko byłoby do zrobienia na najwyższych obrotach, gdyby nie fakt, że te biegi były od siebie w odstępie tygodnia. Dwa bardzo ważne biegi, więc nie było mowy o odpuszczeniu któregokolwiek.

fot. Krzysztof Górecki

Znów w Poznaniu. 

W Poznaniu czułem się znów pewnie, to miasto w tym roku dało mi przecież 3 nowe rekordy życiowe i przekonanie, że jest dla mnie szczęśliwe uaktywniło rezerwy mocy w trakcie biegu. Wygrałem pierwszą zmianę z czasem 33:24. Biegłem z głową, pełną kontrolą od początku do końca. Nie dałem się ponieść na początku. Trzech panów uciekło, trzymałem ich na dystans, chciałem żeby się wybiegali, jakbym wiedział podświadomie, jaki będzie końcowy rezultat. Kiedy zaczynaliśmy ostatnie okrążenie dogoniłem ich, na podbiegu zostaliśmy w już dwójkę. Słońce doskwierało mocno, wiatr na ostatnich 3km był niesprzyjający. Na punktach z wodą nie chwyciłem kubka ani razu – krzyczałem do wolontariuszy: „oblej mnie”! Nie chciałem tracić rytmu. Biegliśmy z średnią 3:24/km. Zauważyłem, że mój rywal nie korzystał z wody w ogóle. Podejrzewałem, że prędzej czy później będzie chciał skorzystać z wodopoju i tak też było. Na 2km od mety dobiegaliśmy do punktu z wodą i pomyślałem, że to jest moment na atak. Pod wiatr, samotnie uciekałem ile sił w głowie i nogach. Nie spodziewał się tego. Dyszałem ciężko biegnąc z nim bark w bark. Mam coś takiego, że kiedy jest ciężko moje ciało zaczyna przemawiać swoim językiem (jękami niczym znana tenisistka;) ).

Na mecie miałem dosyć. Czułem, że dałem czadu, ale po chwili pojawiła się myśl: „Bartek, Ty za tydzień masz kolejny ważny start! Zwariowałeś?”

fot. Krzysztof Górecki

Po tym biegu obniżyłem obciążenia treningowe do minimum. Chciałem zregenerować się jak najlepiej. Dwa dni spokojnego biegania, jedna jednostka pobudzająca, dwa dni luzu i masaż. Informacje od masażystki płynęły niekorzystne – jesteś już zmęczony, ciało to mówi.

V Wolsztyńska Dziesiątka.

Obudziłem się wypoczęty. Nogi w okolicy łydek lekko napięte. Mikrourazy były jeszcze odczuwalne przy porannym wstawaniu z łóżka. Start był dopiero o 13:30 więc ze spokojem mogłem się wyrobić. Pogoda, jaką zapowiadali na bieg, była już bez znaczenia, bo wiedziałem, że nie mam na nią wpływu. W głowie roiło się od różnych myśli, stawiałem się do pionu, pobudzałem do walki i do wykrzesania z siebie całej mocy jeszcze ten jeden raz w tym sezonie i koniec! W końcu to bieg u siebie, mała presja była. Jednak już nie taka, jak rok temu, ale była.

Start. Pierwsze dwa kilometry jakoś poszły. Odważnie do przodu po 3:20/km. Na trzecim kilometrze już robiło się ciepło. Na czwartym bardzo ciepło, a na piątym odcięło mnie, jak rok temu. Biegłem do 3km z Michałem, ale było widać, że jest świeży, to i pobiegł swoje, zostałem sam. Goniłem zawodnika na 7 miejscu, ale to był ryzykowny zryw, po którym straciłem jeszcze więcej mocy. Dyszałem jak lokomotywa i było mnie słychać. Wyciskałem z siebie resztki sił, aby ukończyć ten bieg. Czas przestał mieć znaczenie już na trzecim kilometrze, teraz chciałem dobiec do mety i nie stracić 8 miejsca. Na dwa kilometry do mety zrobiłem to! – obejrzałem się za siebie i przyszła mała ulga, bo zawodników za mną nie było. Uciekałem dalej, bo bieg kończy się dopiero za linią mety i wiele mogło się jeszcze wydarzyć, a moja dyspozycja dnia mogła być motywacją do ścigania mnie do końca.

Nie wiem jak to nazwać. Moment, kiedy przychodzi odcięcie, tempo biegu momentalnie spada, motywacja jeszcze się chwilę utrzymuje głowa mówi „to chwilówka i za chwilę przejdzie”, aby po chwili ten sam głos mówi: „ zatrzymaj się! Przejdź do marszu! Zejdź z trasy! To nie ma sensu!”. Pisałem już kilka razy o zejściu z trasy, ani razu mi to się nie udało, ale chyba dawno nie byłem tak bliski tego jak w tym biegu. Ale…to nie było możliwe. Nie u siebie i nie przy kibicach, którzy dopingowali mnie na każdej ulicy, którą wiodła trasa biegu. Cierpiałem jak nigdy. Dobiegłem i był to mój najgorszy występ na tym biegu. 35:46. Co ciekawe! – w pierwszych startach po wypadku rok (2013 i 2014 ) biegałem szybciej: 34:47 i 34:54. Rok temu startowałem kilka dni po chorobie -35:13 i uznałem ten wynik za totalną porażkę. Co powinienem myśleć o tegorocznym wyniku?

Jak to się dzieje, że moja sprawność idzie w górę, biegam co raz szybciej, poprawiam swoje rekordy życiowe, a akurat w tym biegu z roku na rok idzie mi tylko gorzej. Nie byłem nawet w stanie utrzymać tempa półmaratońskiego, bo międzyczas na tegorocznym Poznań Półmaratonie miałem 35:03 na 10km. Po biegu nie akceptowałem tej sytuacji, byłem wściekły. Ale jadąc do domu pomyślałem sobie: I co z tego, że nie wyszło?! Przecież ja już nic nikomu nie muszę udowadniać, mój wynik i tak dla wielu jest jeszcze poza zasięgiem, przecież w tym roku zrobiłem już swoje na 10km w marcu (33:39). Forma nie trwa wiecznie, a szczególnie, kiedy miało się tak mocny sezon. Plan minimum wykonany – obroniłem pierwszą dziesiątkę i stanąłem na podium. Wystartowałem, walczyłem i ukończyłem bieg. W 2012 roku byłem na tym biegu jako kibic. Marzyłem o nim, w głowie wizualizowałem już swój udział w następnej edycji, a było to zaledwie kilka dni po tym, jak wróciłem z rehabilitacji i odłożyłem kule ortopedyczne, które przez pond pół roku umożliwiały mi poruszanie się. Jeszcze kiepsko chodziłem, a już miałem silne postanowienie, że za rok będę w pierwszej dziesiątce tego biegu, że stanę na podium i pobiegnę 10km poniżej 35 min. To wszystko się wydarzyło tak, jak to zaplanowałem w głowie.

Złość przeszła. Nazwałem ją nadmierną ambicją i zamieniłem na determinacje, konsekwencje i zaangażowanie w trening do drugiej części sezonu. Musiałem sobie wszystko poukładać, nadać znaczenia pewnym sytuacjom i wyciągnąć oczywiście lekcję. A lekcja jest prosta i znam ją już od dawna: nie cel jest ważny, ale droga, która prowadzi do niego. Ten start był ostatnim, który planowałem w pierwszej części sezonu i kończył 18 tygodniowy cykl treningowy. Najlepsze działo się jednak w czasie trwania przygotowań…w drodze. Tam padły rekordy życiowe, tam przeżywałem wielkie emocje, tam było mnóstwo satysfakcji, radości i dumy z tego, co dokonywałem. Mam to wszystko w głowie i korzystam z tego. Bo wiem, że warto zatrzymać się na chwilę, spojrzeć wstecz i zobaczyć ile się pokonało drogi, jak wiele doświadczyło. A jeśli uda się wyciągnąć jeszcze wnioski z tej obserwacji i uświadomimy sobie, jak bardzo te doświadczenia nas wzmocniły, czego nas nauczyły, to mimo patrzenia wstecz, nie będzie to czas stracony.

Testy. 

Przyznam się, że trochę eksperymentowałem i testowałem kilka nowych rozwiązań treningowo – startowych. Zaczynając od kombinacji z treningiem przed zawodami, przez odżywianie, na doborze sprzętu kończąc. Co do treningu, to przyznam się, że totalnie odpuściłem w myśl zasady: „lepiej być niedotrenowanym niż przetrenowanym”. Wcześniej pisałem, jak wyglądał mój tydzień, w którym miałem start. Był luz. Nie czułem się pewnie jak w marcu czy kwietniu. Czułem, że potrzebuję luzu, to tak też postępowałem.

Jedzenie. Jakoś samo tak wyszło, że jadłem bardzo dużo na dzień przed biegiem i bardzo mało w dniu biegu, śniadanie wciągane na siłę. Nie wiem czy to nerwy, ale nie czułem głodu z rana i długo po biegu, ale za to późnym wieczorem urządzałem totalną wyżerkę „wszystkiego” i nie koniecznie „zdrowego” 😉

Sprzęt. Po życiówce na 5km w moich szybkobiegach, które dostałem od Asics Frontrunner Polska, Asics GEL-DS RACE,to znów one znalazły się na moich nogach. Mega lekkie i dynamiczne – robią robotę. Jedynym, co utrudniało mi radość z biegu, był prawy duży palec, a dokładnie paznokieć koloru czarno – granatowego, który od 3-4 tygodni zaczyna „schodzić”, więc dyskomfort jest bardzo odczuwalny. Całe szczęście jest po sezonie i buty są w szafie. Palec się wygoi, a one poczekają do drugiej części sezonu Mój odwieczny dylemat: „w szortach czy leginsach?” Trenowałem w szortach, a i tak startowałem w leginsach 😉

Na koniec wisienka! – Kompresja! Tutaj zmieniło się wiele. 3 tygodnie temu zostałem wyposażony w świetny sprzęt od Compressport Polska, a dokładnie w najnowsze opaski kompresyjne R2 V2. I tutaj przyznam się, że miałem obawy co do moich odczuć. Bo nie ukrywam, że do opasek podchodziłem bardzo sceptycznie i nie byłem przyjaźnie nastawiony do tego rozwiązania. A dowodem może być fakt, że od 4 lat używałem bardzo dużo kompresji, ale tylko w postaci całych skarpet i o innych nie chciałem słyszeć. No i przyszedł dzień, że zostałem poproszony o przetestowanie właśnie opasek. Co z tego wyszło? – 4 lata się broniłem, aby przekonać się w jeden dzień do nowej opcji kompresji. Co mnie przekonało? – to że opaski są naprawdę cienkie i bardzo szybko zapomniałem, że mam je na nogach. Kiedyś przeczuwałem, że może mnie frustrować ta przerwa pomiędzy skarpetką, a opaską. Okazało się, że nic złego nie czuję, brak dyskomfortu, a nawet ścigając się w upalne odkryte miejsce dawało przyjemne odczucie przepływu powietrza. Działanie? Nie chcę się zagłębić w szczegółowe opisy fizjologiczne. Stosuję kompresję, bo widzę więcej plusów niż minusów jej używania. Wierzę w jej właściwości regeneracyjne, a przed wszystkim w ochronę mięśnia przed wstrząsami – ta kompresja świetnie trzyma mięsień i mogę przyznać się, że przekonałem się do opasek i nawet będę je polecał innym

Co dalej? Koniec sezonu i poważnie myślę o 2-3 tygodniach roztrenowania – też coś o tym planuję napisać 😉 Podsumowanie całego sezonu w przyszłym tygodniu 🙂

Pozdrawiam

MentalRunner Bartek.