Emocje opadły dosyć szybko. Zaskoczenie jednak  pozostało dłużej.

Co to za  ryzyko?

Wspominałem na moim profilu FB, że ryzykowałem wiele tym startem i nie żartowałem, bo to było lekkie szaleństwo i eksperyment. Dlaczego? – już wyjaśniam.

Moimi głównymi celami na pierwszą część sezonu były starty na 5 i 10km. Jest to moja niezmienna taktyka planowania sezonu od czasu powrotu po wypadku, czyli dobrych 3 lat. W tamtym roku trenowałem inaczej i trening był nieco „wydłużony”, bo planowałem poprawę życiówki na dystansie 15km. W tym postanowiłem odpuścić ścigania na 15km i skupiłem się na szybszym bieganiu 5 – 10km. Dużo interwałów, krótkich i szybkich odcinków bieganych po 3:10 – 3:12/km i mało biegania w tempie półmaratonu. Zupełnie odwrotnie niż rok temu. I tu jest właśnie to ryzyko, eksperyment – chciałem zobaczyć tę różnicę, jak wiele mi brakuje, jak szybkie bieganie przełoży się na półmaraton. Nadal biegam mało kilometrów. Biegam mniej niż rok temu – 60-65km tygodniowo,  wykonując 5-6 jednostek treningowych.  Myślę, że analizując wcześniej podane informacje można stwierdzić, że ryzyko niepowodzenia było wielkie.

Skąd ten pomysł?

Impuls, przeczucie?  Sam nie wiem jak to nazwać. Myśl o starcie w  Poznaniu pojawiła się po nieudanym starcie na 10km w Gostyniu. Decyzja o wystartowaniu zapadła tydzień przed biegiem. Miałem niedosyt po ubiegłorocznym półmaratonie w Pile, do którego się przygotowywałem. Te „12” sekund, aby mieć „14” minut z przodu robiło swoje.

Plan. 

Plan miałem jeden – atak na życiówkę lub zbliżenie się do niej , czyli wszystko w okolicy 01:15:12 i mniej.

fot. szaszner.com

Taktyka. 

Zapoznałem się z trasą. Nie była płaska, nie było jak w Pile. Rozważałem dwie opcje:

  • pobiec pierwszą część szybciej (pierwsze 10km z górki ), a drugą powalczyć na podbiegach i utrzymać optymalne średnie tempo.
  • pobiec równo całość lub zastosować negative split (stopniowe przyspieszanie).

Decyzję postanowiłem podjąć po pierwszych 2-3km. Chciałem zobaczyć, czy jakaś ciekawa grupa się utworzy, z którą będzie można się „zabrać”. Grupa utworzyła się szybko i znalazłem swoje miejsce u boku elity pań i kilku eskortujących panów. Opcja pierwsza sama się nasunęła. Ryzykowałem i tak wiele, a więc postanowiłem pobiec odważnie z nimi.

Jak było w biegu?

Pierwsze 10km pokonaliśmy w 35:05! Biegłem z Olgą Ochal i jeszcze jednym biegaczem. Przed nami podbieg na 11km, który tak bardzo budził lęk wśród biegaczy, a na którego również czekałem i stwierdzam, że faktycznie nie był lekki. Namieszał mi w rytmie, wytrącił z tempa i wszystko po nim zaczęło się zmieniać. Optymizm znikał z każdym metrem i w dodatku zostałem sam, bo Olga z kompanem chyba jeszcze trudniej znieśli podbieg. Kolejne kilometry wychodziły coraz wolniej, a średnia tempa spadała już  z 3:27  do 3:30/km. Od 11 kilometra do 15 biegłem sam. Największy kryzys psychofizyczny dopadł mnie na 16km, tempo biegu spadło do 3:39/km.  Przede mną Maciej Łucyk, który wydawał się słabnąć i myśli, że to chyba było jednak szaleństwo porywać się z takim przygotowanie na połówkę. Przez myśl przemknęło mi, czy aby nie nie odpuścić tego gonienia czasu i dokończyć nieco spokojnie, bo i tak to będzie dobry trening dla mnie, bo nie planowałem tego i takie tam bla bla bla. Zaczynałem szukać wymówek i powodów, aby nie dać z siebie jeszcze więcej i nie powalczyć do końca. Wszystko ostatecznie okazało się za słabe. Dogoniłem Macieja, który do 17km sprzedawał mi interwały, ale dzięki temu trochę się „odmuliłem” i w końcu sam zerwałem, ale wytrzymałem  i uciekłem. Tempo biegu  oscylowało między 3:33, a 3:34/km. Przede mną, jakieś 100 metrów,  rozgrywał się pojedynek pań o pierwsze miejsce. Ostatni kilometr średnio po 3:29/km, ostry finisz 200m, 100m, kibice krzyczą, a ja pędzę ile sił w głowie po niebieskim dywanie przesiąkniętym wodą, nerwowo spoglądam na zegar zawieszony na mecie i co? – zegar nie działa! W głowie jedna myśl…”ja pierdo… nawet zegra dziś siadł! nie wiem jaki jest czas!” META. Koniec. Przełączam pola w moim garminie, bo w trakcie biegu miałem tak zmarznięte i skostniałe palce, że nie udawało mi się i…JEST! Lekki okrzyk i ręka w geście triumfu poszła w górę! 01:14:58…oficjalnie 01:14:57! Zadanie wykonane. Znów mocny finisz, zryw na ostatnich metrach uratował wynik.

Wnioski.

Warto było! Warto było ryzykować dla takiego wyniku, doświadczenia.  Dziś wiem, w którym miejscu jest moja forma, jak wielka jest różnica, kiedy startuje w półmaratonie, a trenuję cały sezon do krótszych startów. W treningu zabrakło kilometrów, treningu specjalistycznego: długie biegi tempowe ciągłe i przerywane w tempie progowym, biegi w tempie maratońskim i II zakresie.  Jednymi słowy biegać więcej, ale wolniej. Bo chyba większego sensu nie ma bieganie interwałów np. 6 x 800m w tempie 3:09 – 3:12/km skoro  tempo mojego biegu półmaratońskiego jest w granicach 3:33/km. Ale taki był plan na pierwszą część sezonu, tak miały wyglądać szybkie biegi i ich celem na pewno nie było przygotowanie mnie do połówki.  Dzięki tym wnioskom wiem na czym się skupić podczas letnich przygotowań do startów docelowych w półmaratonie, maratonie i wiem, że jest jeszcze wiele do „urwania” z tej życiówki i stać mnie na lepszy wynik 🙂

Moje wszystkie wyniki na dystansie półmaratonu:

2010 – Grodzisk Wielkopolski,  Półmaraton Słowaka 01:21:27

2010 – Piła,  Półmaraton Philipsa 01:17:30 

2011 – Grodzisk Wielkopolski, Półmaraton Słowaka 01:18:12

2012 – wypadek 

2013 – Sobótka, Półmaraton Ślężański 01:21:42

2014 – nie startowałem 

2015 – Piła, Półmaraton Philipsa 01:15:12 

2016 – Poznań Półmaraton 01:14:57

Dziś cieszę się tym co mam, tym co wybiegałem kilka dni temu. Niech ten wynik będzie trampoliną do jeszcze lepszych biegów. 17 miejsce open, gdzie startuje 11351 biegaczy, jest dla mnie wielkim sukcesem, a fakt , że był to mój 3 rekord życiowy w tym sezonie wybiegany w Poznaniu (wcześniej: 5km 16:12 i 10km 33:39 ) pokazuje, że dobrze zaplanowałem i przetrenowałem okres przygotowawczy nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Za kilka dni kolejny bieg i kolejna próba przesunięcia granic możliwości – Orlen Warsaw Marathon i bieg na 10km. Trzymajcie kciuki!

MentalRunner Bartek 🙂